— Bartek, czy nie Bartek?
Wstała nagle, tak że aż niecułka z kartoflami potoczyła się na ziemię; teraz już nie było wątpliwości. Łysek tam skakał do piersi przybyłego. Kobieta rzuciła się naprzód krzyknąwszy z całej siły z radości:
— Bartek! Bartek!
— Magda! To ja! — wołał Bartek, przykładając dłoń do ust i przyśpieszając kroku.
Otworzył wrota, zawadził o zaworę, mało nie upadł, aż się zatoczył, padli sobie w objęcia.
Kobieta poczęła mówić szybko:
— A ja myślała, że już nie wrócisz... Myślałam: zabili go... Cóż ci? Pokaż się... Niech się napatrzę! Bardzoś zmizerowany! Oj, Jezu! Oj, ty, kapcanie!... Oj, najmilejszy!... Wrócił! wrócił!...
Chwilami odrywała ręce od jego szyi i patrzyła na niego, i znów je zarzucała.
— Wrócił! Chwała bądź Bogu... Mój ty Bartczysko kochane!... Cóżeś?... Chodź do chałupy... Franek w szkole! Niemczysko trochę dzieciom dopieka. Chłopak zdrów. Ino ślepie na wierzchu ma jak ty. Oj, czas ci wracać! Bo ani rady. Bieda, mówię, bieda!... Chałupsko się psuje. Do stodoły bez dach leci. Cóżeś? Oj, Bartku! Bartku! Że też ja jeszcze ciało twoje oglądam! Co ja tu miałam kłopotu z sianem!... Czemierniccy mi pomagali, ale bogać!... I cóżeś ty? zdrów? Oj, raduję ja ci się, raduję! Bóg cię strzegł. Chodź do chałupy. O dlaboga, coś niby Bartek, niby nie Bartek! A tobie co? Rety!
Magda w tej chwili dopiero spostrzegła długą szramę, ciągnącą się przez twarz Bartka, przez lewą skroń, policzek, aż do brody.