Drzwi się otworzyły, młody, wytwornie ubrany człowiek wszedł do pokoju.
Augustynowicz nie znał go.
Najważniejszym rysem charakterystycznym nowo przybyłego był aksamitny spencerek i jasne spodnie, był przy tym umyty, ogolony i uczesany. Twarz miał nie to żeby głupowatą, ale i nie mądrą, nie piękną, ale i nie brzydką, nie dobrotliwą, ale i nie złośliwą, był przy tym wzrostu ani wysokiego, ani niskiego, nosa, ust, brody i czoła miernego, znaków szczególnych żadnych.
— Czy tu mieszka pan Szwarc?
— Pewnie że tu.
— Można go teraz widzieć?
— Teraz można; w nocy jak bardzo ciemno, to co innego.
Nowo przybyły zaczynał tracić cierpliwość, ale twarz Augustynowicza wyrażała raczej wesołość, niż złośliwość.
— Właściciel tego domu — rzekł — przysłał mnie do pana Szwarca, jako do świadomego mieszkania i losu hrabianki Leokadyi N. Czy nie raczysz pan dać mi jakich co do niej objaśnień?
— Oho, bardzo przystojna!