— Gdzie mój koń? — krzyknął Kowalski.
— Nie ma konia. Ów szlachcic właśnie na nim uciekł.
— Na moim koniu?
— Tak jest!
Kowalski wziął się za głowę.
— Jezusie Nazareński! Królu żydowski!...
Po chwili krzyknął:
— Dawajcie tego psiawiarę, tego takiego syna, który mu konia podał!
— Panie komendancie! Żołnierz nic nie winien. Noc była ciemna, choć w pysk daj, a on zdjął waszej mości hełm i opończę. Przejeżdżał tuż koło mnie i jam nie poznał. Żeby wasza mość nie była siadała na wóz, nie mógłby on tego dokazać.
— Bijże mnie! Bijże mnie! — wołał nieszczęśliwy oficer.