— Uratować ją lub umrzeć z nią razem. I ja wierzę w Chrystusa.
Winicjusz mówił niby spokojnie, ale w jego głosie było coś tak rozdzierającego, że serce Petroniusza zadrgało szczerą litością.
— Ja cię pojmuję — rzekł — ale jak ją chcesz ratować?
— Przepłaciłem stróżów naprzód dlatego, by ratować ją od zniewag, a po wtóre, by nie przeszkadzali jej w ucieczce.
— Kiedy to ma nastąpić?
— Odpowiedzieli, że nie mogą wydać mi jej natychmiast, albowiem boją się odpowiedzialności. Gdy więzienia napełnią się mnóstwem ludzi i gdy straci się rachunek więźniów, wówczas mi ją oddadzą. Ale to ostateczność! Pierwej ty ratuj ją i mnie! Jesteś przyjacielem cezara. On sam mi ją oddał. Idź do niego i ratuj mnie!
Petroniusz, zamiast odpowiedzieć, zawołał niewolnika i rozkazawszy mu przynieść dwa ciemne płaszcze i dwa miecze, zwrócił się do Winicjusza.
— Po drodze ci odpowiem — rzekł. — Tymczasem weź płaszcz, weź broń i pójdziemy do więzienia. Tam daj stróżom sto tysięcy sestercji, daj dwakroć i pięćkroć więcej, byle wypuścili Ligię natychmiast. Inaczej będzie za późno.
— Pójdźmy — rzekł Winicjusz.
I po chwili obaj znaleźli się na ulicy.