Jakoż czekali nasłuchując, czy nie doleci ich odgłos pochodu. Grad przeszedł istotnie, ale zaraz potem poczęła szumieć ulewa. Chwilami zrywał się wiatr i niósł od strony Cuchnących Dołów straszną woń rozkładających się ciał, które grzebano płytko i niedbale.
Wtem Niger rzekł:
— Widzę przez mgłę światełko... Jedno, dwa, trzy... to pochodnie!
I zwrócił się do ludzi:
— Baczyć, by muły nie parskały!...
— Idą! — rzekł Petroniusz.
Jakoż światła stawały się coraz wyraźniejsze. Po chwili można było już odróżnić chwiejące się pod powiewem płomienie pochodni.
Niger począł się żegnać znakiem krzyża i modlić. Tymczasem posępny korowód przyciągnął bliżej i wreszcie, zrównawszy się z świątyńką Libityny, zatrzymał się. Petroniusz, Winicjusz i Niger przycisnęli sie w milczeniu do kopca, nie rozumiejąc, co to znaczy. Lecz tamci zatrzymali się tylko dlatego, by poobwiązywać sobie twarze i usta szmatami dla ochrony od duszącego smrodu, który przy samych puticuli był wprost nie do zniesienia, po czym podnieśli nosze z trumnami i poszli dalej.
Jedna tylko trumna zatrzymała się naprzeciw świątyńki.
Winicjusz skoczył ku niej, a za nim Petroniusz, Niger i dwaj niewolnicy brytańscy z lektyką.