— Pozwólcie — mówił — wzruszenie... Nic to — nie zważajcie na mnie... Moje dzieci!... Jeśli wam to potrzebne — błogosławię z całego serca...
I błogosławił, przyczem opanowało go jeszcze większe wzruszenie, bo Marynię kochał jednak rzeczywiście. Głos wiązł mu co chwila w gardle i oboje młodzi słyszeli tylko takie oderwane zdania lub wyrazy, jak naprzykład: „jakiś kąt przy was — dla starca, który całe życie pracował...”, „jedyne dziecko...”, „sierota...”.
Oni zaś uspakajali go na współkę i uspokoili tak dobrze, że w pół godziny potem pan Pławicki uderzył nagle po ramieniu Połanieckiego i rzekł:
— Ach rozbójniku! Toś ty myślał o Maryni, a ja myślałem, żeś ty trochę...
I resztę dokończył do ucha Połanieckiego, który zaczerwienił się z oburzenia i odpowiedział:
— Jak wuj może przypuszczać! Gdyby mi to kto inny śmiał powiedzieć...
— No, no, no! — odparł, śmiejąc się, Pławicki. — Niema dymu bez ognia.
Tegoż jeszcze wieczora Marynia, żegnając się z Połanieckim, spytała:
— Czy mi pan nie odmówi jednej rzeczy?
— Co tylko pani rozkaże.