Księżyc, wejrzawszy okiem przerażonem,

Płynie pospiesznie na obłoków fali.

Aż tą podróżą zmęczony siarczyście,

W warkoczach wierzby srebrną twarz zaczepia,

Lecz, że mu wrony zaglądają w ślepia,

Kryje się w dębu sąsiedniego liście

I długo jeszcze jak ogromna kula

Pomiędzy drzewa srebrną głowę wtula.

Wierzby w polu

Białe, bezkreśne pole — pusto, szaro, mętno,