Jest coś dziwnego w tej kombinacji, czego my, ludzie dzisiejsi, nie rozumiemy. Któż by z nas, oburzony przeciw łajdakowi, rodzonemu bratu czyhającemu na naszą zgubę, pisał pod jego firmą15 poemat najogólniejszego znaczenia, z różnostronnymi radami i morałami, w mniemaniu, iż go tym sposobem oprzytomni i na uczciwszą a korzystniejszą drogę naprowadzi? Pierwszy i jedyny raz podobna kombinacja zdarzyła się w rocznikach poezji, tak iż utwór ten, uogólniający niejako interesy ludzkie na ziemi, przez ciągłe zwroty osobiste do Persesa przybiera charakter epistoły16, a prawdę powiedziawszy, kombinacja ta dodaje mu nieco ożywienia, dramatyzuje go, daje powód do wylewu uczuć osobistych. Być zresztą może, iż autor osnowę tego poematu dawno już miał przygotowaną w myśli i z nią się nosił niezależnie od stosunków z bratem, a tylko je przy okazji wyzyskał i myśl swą pieczęcią braterską oznaczył. I prędzej to nawet przypuścić możemy niż zrozumieć, ażeby gniew, wzbudzony niecnym postępkiem brata, był dla poety zasadniczą pobudką do stworzenia dzieła ogarniającego całą niemal współczesną etykę, ześrodkowaną w umyśle człowieka niezaprzeczenie na swój czas wyższego i przezeń indywidualnym światłem oświetloną...
Jako poemat czysto dydaktyczny, nie posiada on zgoła w znaczeniu artystycznym architektury, która w epopei lub dramacie, rzecz swą rozwojowo od wątku do wątku prowadząc, stanowi jeden z wdzięków poetycznego utworu. Tu sama tylko odmienność treści szczegółów wytwarza podział niemający w sobie nic artystycznego, prawie bez łączności integralnej jednego wątku z drugim.
Po zwykłym, uroczystym wezwaniu Muz, poeta zaraz zwraca się do brata, tak jakby gwoli17 jemu, lubo na cześć Zeusa poemat ten układał. Ubogi jesteś — innymi słowy mówi do niego — to nie w nieprawym procesie, przez sprzedawczyków prowadzonym, szukaj polepszenia losu, ale w prawym, gorliwą pracą zyskiwanym zarobku: tak chce mieć prawo najwyższego boga, Zeusa. I jakież to on pole pracy mu wyznacza? Przede wszystkim rolę, intencję swą z góry choć jednym tylko zdaniem zaznaczając (w. 41): „Skarbem dla nas malwa i cebula”. Zeus ukrył przed ludźmi źródła pożytku: trzeba je odnaleźć.
Po takiej ekspozycji poeta bez należycie wytkniętego powodu zawiesza swój wykład etyczno-ekonomiczny i przez dość sztuczne przejście wkracza w dziedzinę walki między Zeusem a Prometeuszem, kreśląc jej następstwa, tak dla ludzi bolesne. Cudowny mit, wyobrażający łamanie się geniusza ludzkości z niemiłosierną potęgą natury i kruszącego stawiane przez nią przeszkody do osiągnięcia postępu i dobrobytu, mit tylokrotnie pod firmą starego Prometeusza przez poezję wszystkich czasów podejmowany, oczyszczany z pierwotnych, naiwnych osłonek, ale zawsze na jednym tle walki oświeconego rozumu z mrokiem fatalizmu i ciemięstwa podtrzymywany. Z mitem tym łączy się u Hezjoda podanie o pierwszej kobiecie (Pandora) jako o klęsce ludzkości. I znowu moglibyśmy wskazywać dalsze porównania legendy u różnych ludów, ale nie rozszerzając się nad tą kwestią, zwrócimy tylko uwagę, iż nigdy dotąd z atmosfery poetyckiej nie usunięto w zupełności wrażenia Pandory, że panuje w niej wciąż jakiś głuchy rankor18 przeciw kobiecie, odbijający się dziś nawet jeszcze w utworach dekadentów, a już zbyt widocznie u Przybyszewskiego19.
Raz wkroczywszy w dziedzinę mitów, Hezjod nieprędko z niej schodzi. Bezpośrednio opisuje on kolejno zaludnienie ziemi w ciągu czterech poprzednich okresów, które nazywa „wiekami”, wartość każdego z nich (oprócz czwartego wieku, półbogów i bohaterów), oznaczając nazwą odpowiedniego kruszcu: złoty, srebrny, miedziany. Opis tych czterech wieków jest jakoby przygotowaniem do wybuchu pesymizmu, który wyrzuca z siebie poeta, opisując wiek piąty, żelazny, współczesny sobie. „O, bodajem ja nie żył śród piątego rodu, a później się urodził lub umarł za młodu!” — woła on w rozpaczliwym zgorzknieniu, z pewnym nawet poetyckim patosem, tłumacząc w dalszym ustępie powody swego smutnego nastroju. Bo i jakże tu nie boleć, żyjąc w świecie, gdzie „pięść prawem, cudzych zagród nic burzyć nie wzbrania”; gdzie „nie ktoś wierny przysiędze, uczciwy i prawy doznaje czci, lecz łotr na wszystkie gotów sprawy”; gdzie po odejściu do nieba sprawiedliwości ludziom „z każdej strony zostaje ból, a żadnej od złego obrony”. Tym się tylko pociesza zbolały poeta, że i ten niegodziwy ród ludzki z wieku żelaznego „Zeus zniszczy koleją20, gdy mającym przyjść na świat włosy posiwieją”. I pod tym względem omylił się wieszcz starohelleński. Już całym pokoleniom od jego czasów włosy i posiwiały i wypadły, i pogniły razem z czaszkami, a jeszcze świat stać na Metternichów, Bismarcków, Rhodesów i Chamberlainów21, na hakatystów22 i pruskich sędziów, i tylu innych reprezentantów cywilizacji.
Za mało znamy osobowość Hezjoda, abyśmy mogli twierdzić, że pesymizm, z jakim on wyjawia się wszędzie, a w tym ustępie (w. 174–201) przeważnie, należał do przyrodzonych właściwości jego ducha; natomiast znane nam okoliczności jego życia, a choćby ów gorszący proces z rodzonym bratem, wskazują, że pesymizm jego mógł być nabyty. Obyczaje owej umysłowo prześwietnej Hellady nigdy nie były wzorowe; często tam obok niesłychanych heroizmów zawadzamy o warcholstwa, sobkostwa, skrytobójstwa i zdrady publiczne, nawet w wytwornych Atenach w najpiękniejszych czasach; cóż dopiero mówić o wieku szóstym, kiedy chwiejne ustawy państwowe, licha administracja, brak organizacji pracy dawały pochop23 bezprawiom, a nad poziomem społecznym utrzymywały nędzę i łupiestwo. Najlepszym dowodem opłakanego stanu ówczesnych gmin greckich było to, że nie widząc one innego wyjścia z zamętu, pomimo gorącego umiłowania swobód jednostkowych wszędzie niemal odwoływały się do jakiegoś wybitnego osobnika z prośbą o ułożenie statutu i poddawały się wszystkim żądanym ograniczeniom.
Wszystko zło zatem, które w utworze tym wytyka Hezjod i przeciw któremu się oburza, śmiało uważać można za odbicie istotnego stanu rzeczy. Nie poprzestaje on jednak na samym odkryciu ran społecznych, ale całym duchem poetyckim, jakim natchnęły go boskie mieszkanki Helikonu, rad by złemu zaradzić. Ten też patetyczny ustęp jego dzieła o „wieku żelaznym” stanowi przejście do nowego epizodu, który uważać można za rodzaj moralnego katechizmu, za postulat człowieka stojącego ponad społeczeństwem w moc przysługującego mu boskiego prawa. Nie od siebie bowiem samego przemawia tylko poeta, ale uważa siebie za usta Muz (w. 1 i 2), a przez nie za głos samego Zeusa.
Cała też część utworu, począwszy zwłaszcza od wiersza 213: „Ty, Persesie, za prawem idź, a nie za siłą”, stanowi rozwinięcie etyki, która jest mozaiką rozmaitych rad i poglądów, ale zawrzeć się może w kilku słowach: nikogo nie krzywdzić, cudzego nie pożądać, swojego strzec, równą miarą zło i dobro odmierzać. O sankcji nie ma tu mowy, lubo często moralista powołuje się na Zeusa i wmawia w swych czytelników, że „piorunny syn Krona” nagrody dla dobrych, dla złych zachowuje kary, tak że „nieraz cały gród cierpi za to, że jedyny łotr nagrzeszył, puszczając się na zdrożne czyny”. O nagrodach jednak lub karach zagrobowych nie ma tu wzmianki i trudno przypuścić, aby Hezjod, który znacznie wyprzedził doktrynę eleuzyjską24, miał jakieś sformułowane pojęcie o nieśmiertelności duszy, poważniejsze od homeryckich cieni. Etyka jego jest raczej praktyczna, utylitarna; często bowiem po jakimś zalecanym przepisie abstrakcyjnym zaraz następuje wyliczenie bezpośrednich zeń korzyści, tak iż za jedyny bodziec, zwracający do czynów lub od nich odwracający, służy wyobrażenie nagród i kar doczesnych (w. 274–285). Tym mniej może tu być mowa o poświęceniu, przebaczeniu; etyka ta schodzi raczej na Mojżeszowe „oko za oko, ząb za ząb”. Równa miara przede wszystkim:
Złego zysku unikaj; zły zysk nie wzbogaca,
Druhowi druh; odstępuj, gdy kto się odwraca.