A powoźnik przy panu wiódł konie tak z bliska,

Że ich piana gorąca na ramię mu pryska.

Mierzył, chciwy, by oręż we krwi króla skropił

On mu tymczasem dzidę w gardzieli utopił.

Srogim zwalony ciosem padł na ziemię Azy.

Jak głębokie siekiery odebrawszy razy

Wali się dąb lub sosna na górze wyrosła,

Lub topola, co pyszny wierzch do nieba wzniosła:

Tak padł Azy na ziemię, zębem ostro zgrzyta,

I własną krwią zbroczony piasek ręką chwyta.