Na pochyłej on z wolna toczy się równinie

I ubiegłszy wieśniaka, słodko mrucząc, płynie:

Tak tam wody prędkiego Achilla goniły

Przy boskiej sile słabe bohaterów siły,

Ilekroć chciał się oprzeć, mocno stawiać nogi,

I widzieć, czy go wszystkie niebios pędzą bogi,

Tylekroć Ksant wezbrany w trop za nim poskoczył

I groźnymi bałwany ramiona otoczył.

Przerażon wyskakuje, ucieka od brzegu,

Ale Ksant gniewny, w krętym ścigając go biegu,