— I móóówi pan, że to Je...je...jeremiasz Ben...
— Bentham, Anglik.
— Ten Jeremiasz oszczędzi nam wielu lamentacji w interesach — rzekł rejent, śmiejąc się.
— Ci Anglicy mają czaaasami ro...rozum, czuć to — rzekł Grandet. — Tak więęęc, wedle Ben...Ben...Benthama, jeżeli obligi mego brata sąąą warte... nie są nic warte. Tak. Dobrze mówię, nieprawdaż? To mi się wydaje jasne... Wierzyciele byliby... Nie, nie byliby... Ro...ro...zumiem.
— Niech mi pan pozwoli wytłumaczyć sobie to wszystko — rzekł prezydent. — Wedle prawa, jeżeli pan posiadasz tytuły wszystkich wierzytelności firmy Grandet, pański brat lub jego spadkobiercy nie są nic nikomu winni. Dobrze.
— Dobrze — powtórzył stary.
— Wedle sprawiedliwości, jeżeli obligi pańskiego brata negocjuje się (negocjuje się, rozumie pan ten termin?) na rynku po tyle a tyle straty, jeżeli ktoś z pańskich przyjaciół będzie tam, jeżeli je odkupi, to wobec tego, że wierzycieli nikt gwałtem nie zmuszał do odstąpienia ich, spadek po nieboszczyku Grandet z Paryża jest rzetelnie czysty.
— To prawda, interes to interes — rzekł bednarz. — Przyyyjąwszy to za pewnik... Bądź co bądź, rozumie pan, że tooo jest truuudne. Jaaa nie mam pieeeniędzy ani czaaasu, ani...
— Tak, nie może się pan ruszyć z domu. Więc dobrze, ja się podejmuję jechać do Paryża (zwróci mi pan koszty podróży, to drobiazg). Pójdę do wierzycieli, pogadam z nimi, ułożę się i wszystko się załatwi kosztem nadwyżki, którą pan dołoży do aktów likwidacji, aby wejść w prawa wierzycieli.
— Zooobaczymy, ja nieee chcę, ja nieee mogę się zobowiązywać, zaaanim... Kto nieee może, nie moooże. Rozumie pan.