— Spisuj akt z prawem odkupu, gaduło! — rzekł Gobseck, wstając i wskazując mi miejsce przy biurku.

— Pani jest pewnie zamężna? — spytałem jeszcze.

Żywo skinęła głową.

— Nie sporządzę aktu! — wykrzyknąłem.

— A to czemu? — rzekł Gobseck.

— Czemu? — odparłem, pociągając starca do okna, aby z nim pomówić po cichu. — Ta kobieta jest pod władzą męża, kupno będzie nieważne, nie będzie pan mógł zasłonić się niewiadomością faktu stwierdzonego w samym akcie. Będzie pan musiał tedy przedstawić diamenty, które u pana złożono, a których waga, wartość i szlif będą opisane.

Gobseck przerwał mi skinieniem głowy i zwrócił się do dwojga winowajców.

— Ma słuszność — rzekł. — Wszystko zmienione. Osiemdziesiąt tysięcy franków gotówką i zostawicie mi diamenty — dodał głuchym szeptem. — Gdy chodzi o ruchomości, posiadanie starczy za tytuł.

— Ale... — odparł młody człowiek.

— Wóz albo przewóz — odparł Gobseck, oddając puzderko hrabinie — za wiele ryzykuję.