— Uściskaj mnie, drogi aniele.
Uczyniła długą pauzę, jak gdyby chcąc zaczerpnąć odwagi w Bogu i odmierzyć swoje słowa wedle sił, jakie jej zostały.
— Słuchaj. Tych dwanaście tysięcy franków to cały wasz majątek; trzeba, abyś je zachował przy sobie, bo skoro ja umrę, przyjdą tu komornicy, którzy opieczętują wszystko. Nic nie będzie tu do was należało, nawet wasza matka! I nie zostanie wam nic, biedne sieroty, jak tylko iść stąd Bóg wie gdzie. Zabezpieczyłam los Anny. Będzie miała sto talarów rocznie i pewnie zostanie w Tours. Ale co ty poczniesz z sobą i ze swoim bratem?
Usiadła na łóżku i patrzyła na dzielnego chłopca, który z kroplami potu na czole, blady od wzruszenia, z oczyma wpółzamglonymi płaczem, stał przy łóżku.
— Mamo — odparł poważnym głosem — myślałem o tym. Oddam Mariana do kolegium w Tours. Dam dziesięć tysięcy franków starej Annie, polecając jej, aby je schowała w bezpiecznym miejscu i aby czuwała nad bratem. Następnie ze stoma ludwikami, które mi zostaną31, pojadę do Brest, zaciągnę się jako majtek. Podczas gdy Marian będzie kończył szkoły, zostanę porucznikiem okrętu. Słowem, umieraj spokojnie, mamo, nie bój się, będę bogaty, oddam naszego małego na Politechnikę albo pokieruję nim wedle jego skłonności.
Błysk radości zalśnił w na wpół zgasłych oczach matki, dwie łzy spłynęły z nich, potoczyły się po rozpalonych policzkach; następnie głębokie westchnienie wydarło się z jej ust: omal nie umarła pod naporem radości, odnajdując duszę ojca w synu, który w jednej chwili stał się mężczyzną.
— Aniele niebios — rzekła, płacząc — wymazałeś tymi słowami wszystkie moje boleści. Och! mogę cierpieć... To mój syn — dodała — to ja wydałam, ja wychowałam tego mężczyznę!
Podniosła ręce do góry i złożyła je jakby dla wyrażenia radości bez granic, po czym położyła się.
— Mamo, ty bledniesz! — wykrzyknął chłopiec.
— Trzeba iść po księdza — odpowiedziała umierającym głosem.