— Panie — rzekł Rafael niemal zawstydzony — niech pan daruje pytanie, które panu zadam. Czy pan jest zupełnie pewny, że ta skóra podlega zwyczajnym prawom zoologii, że można ją rozciągnąć?
— Och, z pewnością!... Tam do kata!... — rzekł p. Lavrille, próbując ciągnąć talizman. — Ale, proszę pana — dodał — jeżeli pan zechce odwiedzić mego kolegę Planchette’a, słynnego profesora mechaniki, on znajdzie z pewnością sposób, aby oddziałać na tę skórę, zmiękczyć ją, rozciągnąć.
— Och, panie, wraca mi pan życie!
Rafael pożegnał uczonego przyrodnika i pobiegł do Planchette’a, zostawiając poczciwego Lavrille w gabinecie pełnym słojów i suchych roślin. Wynosił z tej wizyty, sam nie wiedząc o tym, całą ludzką wiedzę: nomenklaturę! Poczciwy Lavrille podobny był do Sanczo Pansy, gdy opowiada don Kichotowi historię kóz: zabawiał się liczeniem zwierząt i numerowaniem! Znalazłszy się nad grobem, zaledwie znał maleńką cząstkę niezmierzonych liczb wielkiego stada, rzuconego przez Boga w ocean świata w niewiadomym celu. Rafael był zadowolony.
— Będę trzymał mego osiołka na uwięzi! — wykrzyknął.
Sterne powiedział przed nim: „Oszczędzajmy naszego osiołka, jeżeli chcemy dożyć późnych lat”. Ale to zwierzę jest tak samowolne!
Planchette był to wysoki chudy człowiek, prawdziwy poeta pogrążony w nieustannej kontemplacji, wciąż pochłonięty patrzeniem w otchłań bez dna, RUCH. Pospólstwo pomawia o szaleństwo te wzniosłe umysły, ludzi niezrozumianych, którzy żyją w cudownej beztrosce o zbytek i o świat, paląc przez całe dni zgasłe cygaro lub wchodząc do salonu bez troski o to, czy guziki przy ubraniu są dobrze pożenione z przeznaczonymi im dziurkami.
Pewnego dnia, po długim mierzeniu próżni lub gromadzeniu X-ów pod Aa–Gg, zanalizowali jakieś prawo przyrody i rozłożyli najprostszą zasadę; naraz tłum podziwia jakąś nową machinę, jakąś nową dźwignię, której łatwa struktura zdumiewa nas i oszałamia! Skromny uczony uśmiecha się, powiadając swoim admiratorom: „Cóż ja stworzyłem? Nic. Człowiek nie wynajduje siły, kieruje nią tylko, a wiedza polega na naśladowaniu natury”.
Rafael zastał mechanika wrosłego w ziemię niby wisielec, który spadł prosto z szubienicy. Planchette badał kulkę agatową, którą puszczał na kompas, czekając, aż się zatrzyma. Biedny człowiek nie miał ani krzyża, ani pensji, nie umiał bowiem dobrze sprzedać swoich cyfr. Szczęśliwy, że żyje pogonią za odkryciem, nie myślał ani o sławie, ani o świecie, ani o sobie samym; żył w nauce dla nauki.
— To nie do określenia! — wykrzyknął. — A, drogi panie — dodał, spostrzegając Rafaela — sługa pański. Jak się ma szanowna mamusia?... Niech pan raczy zajść do mojej żony.