— Założysz się?

— Och, pójdzie!

W chwili, gdy Valentin zaciekawiony przedmiotem zakładu zbliżył się, aby przysłuchać się rozmowie, wysoki i silny młody człowiek, przystojny, ale obdarzony owym zuchwałym i ostrym spojrzeniem ludzi wspierających się na jakiejś materialnej przewadze, wyszedł z sali bilardowej.

— Panie — rzekł spokojnie, zwracając się do Rafaela — podjąłem się oznajmić panu coś, czego pan widocznie nie wie: mianowicie że pańska twarz i osoba są tutaj niemiłe wszystkim, a mnie w szczególności... Jest pan zbyt uprzejmym, aby się nie poświęcić dla ogólnego dobra; proszę tedy pana, abyś zechciał nie pojawiać się w kasynie.

— Panie, ten żarcik, już powtarzany za Cesarstwa w kilku garnizonach, stał się dziś bardzo niesmaczny — odparł zimno Rafael.

— Ja nie żartuję — odparł młody człowiek. — Powtarzam panu: pańskie zdrowie ucierpiałoby mocno od pobytu tutaj; upał, światło, dym, towarzystwo, wszystko to szkodzi panu bardzo.

— Gdzie pan studiował medycynę? — spytał Rafael.

— Drogi panie, maturę zdałem w strzelnicy Lepage’a w Paryżu, a doktorat u pana Cerisier, króla floretu.

— Zostaje panu zdobyć ostatni stopień — odparł Valentin — niech pan przestudiuje kodeks grzeczności, a będzie pan skończonym gentlemanem.

W tej chwili młodzi ludzie, uśmiechnięci lub milczący, zbliżyli się od bilardu. Gracze porzucili karty, aby się przysłuchać sprzeczce, która ich widocznie cieszyła. Sam wśród tego wrogiego świata Rafael starał się zachować zimną krew i nie popełnić najmniejszego fałszywego kroku; ale gdy jego przeciwnik pozwolił sobie na sarkazm, w którym zniewaga kryła się pod bardzo dotkliwą i sprytną formą, odparł poważnie: