Po siedmiu miesiącach tego mdłego szczęścia zaszły wypadki, lekkie na pozór, ale ogarniające tyle obszarów myśli i świadczące o tak wielkich wstrząsach duszy, iż trzeba nam je opowiedzieć po prostu i zostawić każdemu swobodny ich wykład. Jednego dnia pan de Nueil polując na ziemiach Manerville i Valleroy, wrócił przez park pani de Beauséant, kazał zawołać Jakuba, zaczekał na niego, kiedy zaś lokaj przyszedł, spytał:

— Czy pani margrabina zawsze lubi dziczyznę?

Kiedy Jakub dał twierdzącą odpowiedź, Gaston wręczył mu dość znaczną sumę popartą drobiazgowym tłumaczeniem, aby uzyskać od niego drobną usługę; chodziło o to, aby podać do stołu margrabiny ubitą zwierzynę. Jakubowi zdało się dość obojętne, czy jego pani będzie jadła kuropatwę zabitą przez gajowego, czy przez pana de Nueil, zwłaszcza, iż hrabia żądał, aby margrabina nie znała pochodzenia zwierzyny.

— Zabiłem to na jej gruncie — mówił.

Jakub pomagał przez kilka dni w tym niewinnym oszukaństwie. Pan de Nueil wychodził rano na polowanie i wracał do domu aż na obiad, nie zabiwszy nic nigdy. Tak minął cały tydzień. Gaston ośmielił się na tyle, iż napisał do margrabiny długi list i przesłał go. List zwrócono mu nieotwarty. Była prawie noc, kiedy służący margrabiny mu go odniósł. Naraz hrabia wypadł z salonu, gdzie na pozór słuchał Kaprysu Harolda masakrowanego na fortepianie przez żonę, i pobiegł do margrabiny z szybkością człowieka, który pędzi na schadzkę. Wskoczył do parku przez znajomy sobie wyłom w murze, szedł z wolna przez aleje, zatrzymując się chwilami jak gdyby dla powstrzymania głośnego bicia swego serca, po czym doszedłszy do zamku, przystanął nadsłuchując. Sądził, iż cała służba jest przy stole. Posunął się aż do pokojów pani de Beauséant. Margrabina nie opuszczała nigdy sypialni, pan de Nueil zdołał dotrzeć do drzwi bez najmniejszego hałasu. Tam ujrzał przy blasku dwóch świec margrabinę bladą, wychudłą, siedzącą w wielkim fotelu, z pochylonym czołem, z obwisłymi rękami, z oczyma utkwionymi w przedmiocie, którego zdawała się nie widzieć. Był to ostatni wyraz bólu. Była w tej postawie nieokreślona nadzieja, ale nie wiadomo było, czy Klara Burgundzka patrzy w grób, czy w przeszłość. Może łzy pana de Nueil zabłysły w ciemnościach, może oddech jego rozległ się głośniej, może wstrząsnęło nim mimowolne drżenie lub może obecność jego nie mogła nie wywołać zjawiska intus-suscepcji29 będącej zarazem chlubą, szczęściem i dowodem prawdziwej miłości. Pani de Beauséant obróciła z wolna twarz ku drzwiom i ujrzała dawnego kochanka. Hrabia postąpił kilka kroków.

— Jeżeli pan się zbliży — krzyknęła margrabina blednąc — rzucę się przez to okno!

Skoczyła do zasówki, otworzyła okno i stała z nogą na gzymsie, z ręką na balustradzie, z głową zwróconą do Gastona.

— Wyjdź pan, wyjdź pan — krzyczała — albo skaczę.

Na ten straszliwy krzyk, pan de Nueil, słysząc poruszenie wśród służby, uciekł jak złoczyńca.

Wróciwszy do domu, hrabia napisał bardzo krótki list i kazał służącemu zanieść go do pani de Beauséant, polecajac mu powiedzieć margrabinie, że chodzi tu o życie i śmierć jego pana. Gdy lokaj odszedł, pan de Nueil wrócił do salonu i zastał tam żonę, która dalej dukała nad Kaprysem. Usiadł, czekając na odpowiedź. W godzinę potem, po ukończeniu Kaprysu, małżonkowie siedli naprzeciw siebie w milczeniu po dwu stronach kominka. Służący wrócił i oddał swemu panu list nierozpieczętowany. Pan de Nueil przeszedł do przyległego buduaru, gdzie wracając z polowania zostawił strzelbę, i zastrzelił się.