Kobiety pobożne rzadko udają się powozem do kościoła i czynią słusznie. Z wyjątkiem wypadku ulewnego deszczu, pogody wprost niemożliwej, nie należy człowiekowi okazywać pychy tam, gdzie powinien się poniżyć. Karolina obawiała się więc narazić na niebezpieczeństwo świeżość swojej tualety241, nieskazitelność swoich pończoszek, swoich trzewiczków. Niestety! I te pozory ukrywały dopiero istotny powód.
— Gdybym była w kościele wówczas, gdy Adolf przybędzie, straciłabym całą przyjemność jego pierwszego spojrzenia: pomyślałby, że bardziej mi zależy na sumie niż na nim...
Uczyniła więc dla swego męża to poświęcenie w intencji przypodobania się mu, wzgląd straszliwie światowy: przekładać stworzenie nad Stwórcę! Męża nad Boga! Idźcie przysłuchać się kazaniu, a dowiecie się, co kosztuje podobny grzech.
„Bądź co bądź — rzekła w duchu pani w myśl nauk swego spowiednika — społeczeństwo opiera się na małżeństwie, które kościół pomieścił w liczbie świętych sakramentów”.
Oto jak można obrócić nauki świętej religii na korzyść ziemskiej miłości zaślepionej, choć prawowitej. Pani nie pozwoliła podawać śniadania, lecz kazała je trzymać ustawicznie w pogotowiu, tak jak i sama jest ciągle w pogotowiu, aby przyjąć swego nieobecnego oblubieńca.
Wszystkie te drobiazgi mogą wydać się komiczne: jednakże po pierwsze zdarzają się one u wszystkich ludzi, którzy się ubóstwiają lub z których jedno ubóstwia drugie; po wtóre u kobiety tak powściągliwej, tak panującej nad sobą, tak godnej jak owa dama, wezbrany wylew czułości przekraczał wszystkie granice nakazane uczuciom przez ten wysoki szacunek dla samego siebie, jaki daje prawdziwa pobożność. Gdy pani de Fischtaminel opowiedziała mi tę małą scenkę z życia dewotki, ozdobiwszy ją różnymi komicznymi szczegółami, przyprawionymi tak, jak tylko kobiety z towarzystwa umieją przyprawiać swoje anegdoty, pozwoliłem sobie zrobić uwagę, że była to Pieśń nad Pieśniami242 wcielona w życie.
— Jeżeli pan nie przyjedzie — rzekła Justysia do kucharza — nieszczęśliwa nasza godzina! Pani już mi rzuciła na głowę swoją koszulę.
Wreszcie Karolina usłyszała strzelanie z bicza, turkot tak charakterystyczny pocztowego dyliżansu, tupot kopyt końskich, dzwoneczki!... Och! Teraz nie miała już cienia wątpliwości, dzwoneczki zerwały ją na równe nogi.
— Brama! Otwórzcież bramę! Pan przyjechał! Nie, oni nie otworzą nigdy!... — i pobożna kobieta tupnęła gniewnie nogą, i urwała taśmę od dzwonka.
— Ależ proszę pani — rzekła Justysia z żywością służącej, która nie poczuwa się do żadnej winy — to ktoś odjeżdża z domu.