— Dobrze, Justysiu, dobrze, moje dziecko — mówi Karolina przestraszona — nie chodzi o to; staraj się tylko, aby zachowanie twoje było na swoim miejscu.

„Tak — mówi sobie Justysia — to pan chce mnie oddalić... Czekaj, stary pajacu, potrafię ja ci życie umilić!”

W tydzień później, przy czesaniu pani, Justysia zerka w lustro, aby przekonać się, czy pani może widzieć wszystkie grymasy, jakie nadaje kolejno swojej twarzy; toteż Karolina zapytuje jej niebawem:

— Co ci jest Justysiu?

— Co mi jest? Pani powiedziałabym chętnie, ale pani jest tak miękka wobec pana...

— No, cóż takiego, mówże?...

— Już wiem, proszę pani, dlaczego pan tak koniecznie chce mnie oddalić: pan ufa tylko Benedyktowi, a Benedykt kryje się przede mną...

— Więc cóż? Cóż takiego? Czyś co zauważyła?

— Jestem pewna, że oni we dwóch coś knują przeciwko pani — odpowiada panna służąca tonem stanowczym.

Karolina, którą Justysia obserwuje w lustrze, robi się blada; wszystkie tortury małej niedoli poprzedniego rozdziału wracają i Justysia staje się tak niezbędną, jak niezbędni są szpiedzy dla rządu wówczas, gdy natrafią na ślad sprzysiężenia. Mimo to przyjaciółki Karoliny nie umieją sobie wytłumaczyć, dlaczego ona trzyma dziewczynę tak nieznośną, która bawi się w damę, nosi kapelusze, odpowiada niegrzecznym tonem...