— Niestety, cóż ja mogę? — mówi sędzia, śledząc spod oka Karolinę. — To, czego pani ode mnie żąda jest występkiem, jestem przede wszystkim sędzią, a potem dopiero człowiekiem.
— Och, panie sędzio, chciej pan być tylko człowiekiem...
— Czy pani rozumie dobrze, co pani mówi przez to, moja piękna pani...
Tutaj pan sędzia ujmuje z lekkim drżeniem rękę Karoliny.
Karolina, pomna, iż chodzi tu o honor jej męża, jej dzieci, mówi sobie w duchu, że to nie jest chwila, aby robić skromnisię, pozwala ująć się za rękę, opiera się właśnie na tyle, aby rycerski staruszek (na szczęście jest to staruszek) znalazł w tym zadowolenie swojej miłości własnej.
— No, no, moja pani, niechże pani nie płacze, dodaje dygnitarz urzędowy — byłbym w rozpaczy, gdybym miał się stać przyczyną łez tak pięknej kobiety, zobaczymy, przyjdzie pani jutro wieczór wytłumaczyć mi sprawę; trzeba zbadać wszystkie dokumenty, przepatrzymy je razem...
— Panie sędzio...
— To nieodzowne...
— Panie sędzio...
— Niech się droga pani nic nie obawia, sędzia może umieć pogodzić to, co jest winien sprawiedliwości i... — (tu sędzia przybiera filuterny wyraz twarzy) — piękności.