— Panie — powiada Karolina, próbując podnieść syndyka, który ukląkł u jej stóp — pan mnie przeraża!
Gra rolę przestraszonej i śpieszy ku drzwiom, wycofując się z tej drażliwej sytuacji, tak jak umieją się wycofywać kobiety, to znaczy, nie narażając żadnego z interesów.
— Wrócę — mówi z uśmiechem — gdy pan będzie rozsądniejszy.
— Zostawia mnie pani w ten sposób... Niech pani będzie ostrożna! Mąż pani może łatwo dostać się na ławę oskarżonych; jest wspólnikiem nieuczciwego bankructwa i wiemy o nim wiele rzeczy, które nie przynoszą mu zaszczytu. To nie jest jego pierwsza sprawka; brał już i przedtem udział w interesach niezbyt czystych, w paskudnych szacherkach; zanadto pani oszczędza honor człowieka, który drwi sobie zarówno z własnego honoru jak z honoru swojej żony.
Karolina, przerażona tymi słowami, puszcza klamkę, zamyka drzwi i wraca.
— Co pan ma na myśli? — mówi wzburzona do żywego tym brutalnym wybuchem.
— No, to jasne! Tę sprawę...
— Sprawę Chaumontel?
— Nie, tę spekulację na domach, które budował za pośrednictwem ludzi niewypłacalnych.
Karolina przypomina sobie sprawę podjętą niegdyś przez Adolfa (patrz Jezuityzm kobiet) w celu podwojenia swych dochodów; zaczyna drżeć. Syndyk zdołał trafić do jej ciekawości.