— Jak chcesz! Prędzej się skończy w ten sposób, owszem, zgadzam się... Ale w takim razie sprowadź mi już jakiegoś bardzo sławnego lekarza.

Po upływie miesiąca Adolf, znużony słuchaniem żałobnych melodii, które Karolina wygrywa mu na wszystkie tony, prosi do domu wielkiego lekarza. W Paryżu wszyscy lekarze są to ludzie znający świat i rozumiejący się148 doskonale na klinice chorób małżeńskich.

— Droga pani — powiada wielki lekarz — jakim cudem kobieta tak piękna pozwala sobie chorować?

— A jednak panie doktorze, zdaje mi się, że wybieram się na tamten świat.

Karolina przez wzgląd na Adolfa próbuje się uśmiechnąć.

— Thak! Jednakże oczy ma pani dość żywe: nie zdają mi się tęsknić za naszymi piekielnymi miksturami...

— Niech się pan dobrze przypatrzy, doktorze, gorączka mnie trawi, gorączka niespostrzeżona, powolna...

To mówiąc, obrzuca doktora najwymowniejszym ze swych spojrzeń, ten zaś powiada sobie w duchu: „Cóż za oczy!...”.

— Thak! Zobaczymy język — mówi głośno.

Karolina wyciąga istny język kotki między dwoma rzędami zębów białych jak u psa.