Lekarz wstaje.

— I cóż pan o mnie myśli? — pyta Karolina.

— Droga pani, trzeba bardzo, bardzo dbać o siebie, pić ziółka łagodzące, kwiat pomarańczowy, żywić się lekko, białe mięso, dużo ruchu.

„To wszystko za dwadzieścia franków” — powiada sobie w duchu Adolf, uśmiechając się.

Znakomity lekarz bierze Adolfa pod ramię i zabiera go z sobą do przedpokoju; Karolina idzie za nimi na palcach.

— Mój drogi panie — powiada wielki lekarz. — umyślnie traktowałem wobec pani całą sprawę bardzo lekko, bo nie chciałem jej przerażać; zresztą to raczej pana dotyczy i to bardziej niż pan myśli... Nie radzę panu zbytnio żony zaniedbywać; jest to temperament bardzo bujny i zdrowie zastraszająco silne... To wszystko oczywiście musi na nią oddziaływać. Natura ma swoje prawa, które, jeżeli się je zapoznaje, umieją same nakazać posłuszeństwo. Pani może dojść do stanu chorobowego, w którym gorzko byś pan żałował swego zaniedbania... Jeżeli ją pan kocha, trzeba ją kochać nieco wyraźniej; jeżeli pańska miłość już wygasła, ale zależy ci na tym, aby zachować matkę swoich dzieci, środki zaradcze należą wprawdzie do zakresu higieny, lecz decyzja w tym względzie może wyjść tylko od pana...

„Jak on mnie zrozumiał!...” — powiada sobie Karolina. Otwiera drzwi i mówi:

— Panie doktorze, zapomniał mi pan przepisać dawki!...

Wielki lekarz uśmiecha się, kłania i wsuwa w kieszonkę sztukę dwudziestofrankową, zostawiając Adolfa w rękach jego żony, która obejmuje go i mówi:

— Jakżeż jest naprawdę z moim stanem?... Czy trzeba zdecydować się umrzeć?...