— Myślę! — rzekł Oskar. — Ten biedny człowiek jest taki strupieszały, taki stary, że dalibyście mu osiemdziesiąt lat! Wyschły jest jak pergamin, a, na swoje nieszczęście, czuje swoją pozycję...
— Gorzej, jeżeli i inni ją czują — rzekł facecjonista54 Léger.
— Panie, on ubóstwia żonę i nie śmie jej nic powiedzieć — odrzekł Oskar. — Odgrywa z nią sceny takie, że można skonać ze śmiechu, istny Arnolf55 w komedii Moliera...
Hrabia zmartwiały patrzał na Pietrka, który, widząc jego obojętność, myślał, że to co baje syn pani Clapart, to są oszczerstwa.
— Toteż, proszę pana, jeżeli pan chce dojść do celu, niech się pan uda do margrabiego d’Aiglemont. Jeżeli pan będzie miał tego starego wielbiciela hrabiny za sobą, pozyska pan od jednego zamachu i żonę, i męża.
— Jak powiadają, dwie pieczenie na jednym rożnie.
— Ale — rzekł malarz — pan chyba widział hrabiego nago; czy pan jest jego kamerdynerem?
— Kamerdynerem? — wykrzyknął Oskar.
— Ba, nie opowiada się takich rzeczy o swoich przyjaciołach w publicznym wehikule — odparł Mistigris. — Niemy i głuchy, to moja zasada. Ja pana nie słucham.
— Nie tykać krewnych, przyjaciół i znajomych prosi stroskana rodzina — rzekł Schinner.