Źrenicy kazał tę najgłębszą skrytość,

Co w nim drzemała, zdradzać, i łapczywie

Wciągał z powietrza duszę urojonych

Istnień, jak dymy w jelita, przez szpary

Potem wyrzucał je na światło dzienne.

I znów przetwarzał się do gruntu, stwory

Znów wyciekały, pęczniejąc, zaledwie

Ludzkie, lecz żywe, jak powabnie-żywe,

Przytakiwało im oko, aczkolwiek

Nie oglądało przenigdy podobnych: