— Co będziemy gadali po próżnicy...
I chcąc zmienić temat, pyta mnie:
— Czym Żyd handluje?
Teraz już wiem z całą pewnością, że z tą wodą nie jest tak całkiem prosto.
I błyszczy tak cudownie spokojnie w tę cichą noc... i jakoś dziwnie, niezwyczajnie, patrzy na nią. Nie odrywa od niej oczu... i wyczuwam w jego głosie coś niezwykłego... muszę otworzyć mu usta. Niech zacznie gadać.
— Coś tam ludzie — powiadam — gadają o tej wodzie.
— Mało co ludzie potrafią gadać...
Jakoś mi nie dowierza. Częstuję go papierosem, ale on nie pali.
— A może by tak po łyczku? — wyciągam butelkę.
— Przed modlitwą wieczorną? Nie wchodzi w rachubę. Szykowałem się już do odmawiania modlitwy, kiedy usłyszałem, że ktoś jedzie. Wybiegłem więc na drogę. Zwykle przechodzę przez rozlewisko na własnych nogach. Woda niegłęboka. Do kostek. Ale w tym tygodniu ze zdrowiem nie jestem w porządku. Boję się przeziębienia. Rozumie pan? Wieczorną modlitwę odmówię już tam, na miejscu. A pan niech sobie łyknie. Na zdrowie!