— Sam nigdy nie pijam.
I mówiąc to chowam butelkę z powrotem w torbie.
— Może pan odmówi teraz wieczorną modlitwę?
— Na drodze nie modlę się.
— Wio! — To Maciej popędza konie, które z trudem pokonują górkę.
— Widzi pan — powiada reb Mojsze. — Nie uchodzi modlić się przy chłopie.
Zalega cisza. Po chwili znowu zadaję pytanie:
— A jak wam się powodzi, reb Mojsze?
— Dzięki Najwyższemu, jakoś się żyje.
Znowu milknie. Nie ma o co zaczepić, ale próbuję: