Jakoś mi nie dowierza. Częstuję go papierosem, ale on nie pali.

— A może by tak po łyczku? — wyciągam butelkę.

— Przed modlitwą wieczorną? Nie wchodzi w rachubę. Szykowałem się już do odmawiania modlitwy, kiedy usłyszałem, że ktoś jedzie. Wybiegłem więc na drogę. Zwykle przechodzę przez rozlewisko na własnych nogach. Woda niegłęboka. Do kostek. Ale w tym tygodniu ze zdrowiem nie jestem w porządku. Boję się przeziębienia. Rozumie pan? Wieczorną modlitwę odmówię już tam, na miejscu. A pan niech sobie łyknie. Na zdrowie!

— Sam nigdy nie pijam.

I mówiąc to chowam butelkę z powrotem w torbie.

— Może pan odmówi teraz wieczorną modlitwę?

— Na drodze nie modlę się.

— Wio! — To Maciej popędza konie, które z trudem pokonują górkę.

— Widzi pan — powiada reb Mojsze. — Nie uchodzi modlić się przy chłopie.

Zalega cisza. Po chwili znowu zadaję pytanie: