— Poproś pana puryca1 — powiada Maciek.

I Mosiek zmienia rękę, obraca się twarzą ku mnie.

Chudy, siwiuteńki Żyd.

— Pan — zaczyna — pozwo...

Ale nie kończy. Ma przenikliwszy wzrok od chłopa.

Od razu poznaje, że ze mnie żaden tam puryc. I natychmiast jest już połową ciała na wozie. Zastanawia się tylko nad tym, gdzie ma usiąść. Może przy powożącym chłopie? Mimo wszystko pasażer to jednak „niemiec”2.

Ja jednak zdążyłem zrobić mu miejsce obok siebie.

— Siadajcie reb Mojsze!

Dwa razy nie trzeba mu powtarzać. Już usadowił się i już gada:

— Po pierwsze, szolem alejchem3 Żydowi, a po drugie, serdeczne dzięki! Machorka Macieja działa jak wódka. Można się upić. I po trzecie: skąd Żyd wie, że nazywam się Mojsze? Pan mnie zna?