U wezgłowia konającego
Szames1 raju — świetlisty anioł — odblask promiennej łaski Miłościwego Pana — raz do roku wychodzi z raju i ogarnięty niepokojem i troską otwiera okienko w niebie. Wystawia promieniejącą głowę i zwracając się do zachodzącego słońca, drżącym głosem zadaje pytanie:
— Słońce, nie wiesz czasem, co się dzieje z Lejblem Końskowolskim?
Słońce nie odpowiada. Nie wie.
Ogarnięty jeszcze większym niepokojem cofa anioł swoją promieniejącą głowę.
I nie na próżno niepokoi się anioł.
Oto już od kilku dni szumi w niebiosach od przedśmiertnego modlitewnego wołania Lejbla Szma Israel2 — Słuchaj Izraelu.
I dalsze słowo tego wersetu echod3 rozsypuje się niczym srebrny śrut przed tronem Najwyższego.
I toczy się słowo echod, i bzyka, i szumi, i wrze niczym rój ciem lecących do płomienia, który je przyciąga. I spalają się w ogniu z dziką rozkoszą, jaką dają tylko cierpienia miłości.
Po raz ostatni anioł usłyszał wołanie Szma Lejbla z Końskowoli podczas modlitwy porannej szachrit.