W modlitwie popołudniowej mincha nie słychać już było głosu Lejbla z Końskowoli.
W modlitwach i pochwalnych hymnach wszystkich światów nastąpił widocznie jakiś defekt.
Jakby w orkiestrze nagle jakiś instrument przestał wydawać dźwięki. Jakby struna w pierwszych skrzypcach nagle pękła.
Czyżby Lejbl Końskowolski zapomniał odmówić modlitwę mincha?
A może podczas wieczornej modlitwy maariw powtórzy za to dwakroć Osiemnaście Błogosławieństw?
Tymczasem słońce coraz bardziej się zniżało. Skrzętnie schowane cienie uzyskują zezwolenie na wyjście z ukryć. Wyłaniają się ze szczelin skał nad morzami. Z nor i jaskiń na pustyniach. Zza drzew gałęzi i liści rosnących w głębokich lasach.
I cienie rozprzestrzeniają się po osiedlu. I oplatają sobą wszystko dookoła.
I oto słońce zupełnie zniknęło z horyzontu. Nagle bezgłośnie zabłysły na niebie gwiazdy i księżyc. One przejmują teraz władzę nad światem. Na czas nocy... I przędą swoją zaczarowaną pajęczynę — srebrną sieć nad zmęczoną ziemią...
I wraz ze zniknięciem słońca na niebie zniknęło też zwierzę z napisem „Prawda” na czole. I razem z księżycem, wynurzyło się z drugiej strony inne zwierzę z napisem „Wiara” na czole.
I oto po cichu otwierają się bramy nieba, żeby wpuścić do środka dusze pogrążonych we śnie ludzi. Dusze przybywają w nocy do nieba, żeby napisać w księgach jak przeżyły dzień...