Przed godziną otrzymałem list od Amelki. Przede wszystkim ucieszyło mnie to, że ona nic nie wie o mojej chorobie. Zosia dotrzymała słowa. Na co się ma martwić na próżno? Mnie tym nie pomoże, a sama mogłaby się jeszcze rozchorować z niepokoju, bo nas bardzo kocha. Chciałaby pewnie przyjeżdżać, doglądać mnie w chorobie, a ja tu przecież mam zamiar wyzdrowieć wkrótce.
Nawet i potem nic jej pisać nie będę. Niech się nie martwi, choćby minionym smutkiem.
Przykro mi się zrobiło nad wyraz, kiedym wyczytał w jej liście te słowa: „Kiedy mróz większy na dworze, ja drżę cała na wspomnienie o tobie i Zosi. Ona nie ma szuby, twój szynel także wiatrem podszyty — a tymczasem musicie cały dzień biegać po lekcjach. Jużbym wolała, żeby mnie było zimno i niewygodnie, abym tylko mogła być o was spokojna. Mój Józieczku, mój złoty, błagam Cię na wszystko, oszczędzaj się, wystrzegaj zaziębienia. Tyś taki wątły, lada co Ci zaszkodzi. Od śmierci rodziców ja się już tak wszystkiego boję, że nawet może przesadzam, ale ty się pilnuj, najdroższy, boś Ty nasza jedyna nadzieja, podpora”.
O, moja Amelko! Gdybyś ty wiedziała, jak krucha moralnie jest ta „podpora”, może byś już nigdy słów tych nie powtórzyła.
O sobie, jak zwykle, nic prawie nie pisze. Czuć jednak jakąś gorycz, jakieś ciche przygnębienie z tego listu. Nie skarży się ani słowem — przeciwnie, wysila się, ile możności, udawać spokój, a nawet humor; ale poprzez każde słowo przebija jakby rozczarowanie do życia, przymusowe wyrzeczenie się wszelkich nadziei lepszej przyszłości. Zosię zwieść łatwo, bo ona wszystko literalnie zawsze bierze — ale ja czytam pomiędzy wierszami. Nieszczęśliwa ona.
Pisze jeszcze między innymi, że już do lata załatwi się ze wszystkimi długami po matce i że będzie mogła i nam przyjść z pomocą, byle tylko nie kłopotać się tak ciągle o nasze zdrowie. Jaka ona naiwna! Czyż przypuszcza choćby na chwilę, że ja się na to zgodzę? Pracowała lat tyle, nie myśląc zupełnie o sobie, a teraz, kiedy nareszcie dobija się końca, miałaby nowe ciężary na siebie nakładać? Przecież i mnie będzie coraz lepiej — w ostateczności wyrzeknę się i projektu wyjazdu za granicę, a nikomu ciężarem nie będę. Zagranica będzie zagranicą, projekty zostaną projektami, a do pracy się wezmę. Iluż to już marzeń i rojeń trzeba się było wyrzekać! Nawet przyzwyczaić się było można.
Wieczór już prawie. Tylko co patrzeć Stacha i Zosi.
Będziemy się bawili w karnawał...
Ha, trudno! każdy, jak może.