Wieczór wczorajszy spędziliśmy dosyć znośnie. Zośka dokazywała jak łobuz, Stach zawiesił na kilka godzin swoje ponure poglądy na teraźniejszość i różowe na przyszłość, a ja dostrajałem się do nich, jak mogłem. Dopomagała mi w tym gorączka, która wieczorami dochodzi do 39 stopni.
Nigdy nie doświadczyłem na sobie takiej zmienności humoru — jak teraz. Byłem, co prawda, zawsze dosyć fantastyczny, nawet dziwaczny w swej zbytniej drażliwości — ale wtedy okres humoru lub niehumoru trwał przynajmniej dni kilka, choćby dzień cały. Wstawałem, jak mówi Stach, lewym lub prawym bokiem — i już do wieczora byłem krzywy albo prosty. Teraz zupełnie co innego. Dziesięć razy na dzień zmienia się mój nastrój. Po wesołości następuje apatia, po apatii podniecenie, potem smutek, przygnębienie, znów wesołość itd. da capo17. I to bez żadnych usprawiedliwiających powodów — ot tak sobie — z niczego. Myśl, skacząc z przedmiotu na przedmiot, poddaje się biernie chwilowym wrażeniom i pociąga za sobą duszę, zabarwiając ją odpowiednio. I co dziwniejsze, że świadomość moja nic nie traci na swej sile: kontroluje, jak dawniej, wrażenia, nastrój myśli i daje zupełnie wierne odbicie wnętrza duszy. Ale tu się kończy jej rola. Stoi jak niemy świadek, wypatruje wszystko, nawet gani lub chwali — ale jakby sama dla siebie, nie wysyłając rozkazów. Mam od niej carte-blanche18 zupełną: mogę być nie takim, jakim być powinienem lub chciałbym — ale jakim mnie zrobi wpływ zewnętrzny.
Dziś, bardziej niż kiedykolwiek, czuję się bierny na wszystko; a że nie chcę być dowolną igraszką zmiennego humoru, zasiadłem więc do pisania i mam zamiar pisać długo, tym bardziej, żem kilka godzin spędził na refleksjach, z których wyciąg chciałbym sobie zachować. Dziś rano wpadła do mnie na chwilkę Zosia, powracając z kościoła. Wstała umyślnie wcześniej, żeby być na nabożeństwie popielcowym. Za jakie grzechy, za jakie nadużycia rozkoszy świata posypał jej ksiądz głowę popiołem — sam nie wiem. Ale to biedactwo czuło się w obowiązku uczestniczenia w tym pokutniczym obrzędzie. Lecz mniejsza z tym: to kwestia jej wiary, a dobrze, że ją ma. Zosia, jak nie ma samowiedzy swego życiowego położenia, tak też i nie ma jej względem swej wiary. To ją właśnie chroni od wszelkiej przesady na punkcie religijnym, bo tylko samowiedza swej wiary i pobożności popycha umysł na drogę fanatyzmu i bigoterii. Wiara jej płynie wprost z duszy, tak jak myśli z jej głowy i Zosi ani przez myśl nie przejdzie możliwość niewierzenia. Jeżeli słyszała co o ludziach niewierzących, nie może ich sobie na pewno wyobrazić jako istoty zwykłe, co dzień spotykane. Są oni dla niej jakby ludźmi innych planet, z innymi nosami, z inną głową, z innymi mózgami. Sądzę, iż, gdybym jej pokazał jednego z takich niewierzących, przypatrywałaby mu się ciekawie, a potem byłaby zdziwiona, że tak jak drudzy wygląda. Dlatego też ani przypuścić jest zdolna, że Stach i ja należymy właśnie do tej kategorii niewierzących, ja jej, naturalnie, nigdy nie mówiłem o tym — raz, że nie chciałbym jej zasmucać — a po drugie, że kwestia ta była mi dotychczas dość obojętna. Jakie by wrażenie wywarła na niej taka wiadomość, nie mogę przesądzać. Albo by sama straciła wiarę, poddając się biernie wpływowi, albo by po raz pierwszy doznała druzgocącego ciosu.
A że nic o tym nie wie, przekonałem się dziś rano. Wstąpiła do mnie dlatego jedynie, żeby mi przynieść trochę popiołu, zabranego w książkę do nabożeństwa. Nastrajając się poważnie, użalała się nade mną, że nawet do kościoła z powodu choroby pójść nie mogę. Ja jej nie wyprowadzałem z błędu, podziękowałem za pamięć i za ten pacierz, który za mnie zmówiła. Popiół pozostał.
Teraz ten popiół leży przede mną, a ja, patrząc nań, pytam sam siebie: gdzie się podziała wiara moja?
Żebyż choć taki, jak ten popiół, ślad z niej pozostał!
Nie wiem, czy jej żałuję — nie wiem, czy by mi było z nią lepiej — ale to wiem, że tak, jak ja ją straciłem, nie powinno się jej tracić.
Bo nie rzuciłem wiary, lecz straciłem ją — a to wielka bardzo różnica.
Rzuca się rzecz niepotrzebną, starą, zużytą, rzuca się wtedy, kiedy nam o nią nie idzie, bośmy się w nową zaopatrzyć potrafili — a traci się lub gubi zawsze coś jeszcze potrzebnego, po czym zostaje jakaś pustka.
We mnie także pustka teraz.