Kiedy ona powstała, po czym, w jakich okolicznościach, nie mógłbym tego określić. Są ludzie, których ta przełomowa chwila zaskakuje znienacka, po przeczytaniu jakiegoś dzieła lub po bezsennej nocy strawionej na rozmyślaniach. We mnie nic podobnego nie zaszło. Dawnych wierzeń pozbywałem się po trochu, niepostrzeżenie — rzekłbym — bezświadomie. Każde naukowe prawo natury, każdy systemat filozoficzny, chociem go nie przyjmował w posiadanie, ujmowały ze mnie jakąś dawną cząsteczkę i tak po odrobinie wyciekło gdzieś wszystko — bez walki, bez żalu, bez dokładnego pojęcia o tym, że coś tracę i co tracę.
Jeszcze raz powtarzam — wiary tej ja może nie żałuję teraz, ale to czuję, że nie tak ją tracić należy.
Tu powinna być walka, opór, zaciętość, tu powinna być świadomość tego, co się zwala, dlaczego i czym się zastępuje obalone bożyszcza.
Ja nic nie obalałem, nic nie odrzucałem, lecz tylko pogubiłem wszystko — no i nic nie mam.
Nie ja jeden tak tracę wiarę. My ją niemal wszyscy gubimy w ten sposób, nieopatrznie rozrzucając gdzieś po całym świecie po okruszynie, po strzępku, żeby potem mieć przyjemność powiedzenia sobie: „jesteśmy zwierzęta”.
Ulegamy jednemu i temu samemu procesowi psychicznemu, kiedy naiwnie pojmowany krytycyzm olśniewa nam mózgi. Tak i ze mną było.
Początkowe wychowanie odebrałem zupełnie religijne, toteż do 16 roku życia utrzymałem wszystkie nabytki epoki dzieciństwa. Wiara była dla mnie wszystkim: przez jej pryzmat widziałem świat i życie, ona była jedynym światłem rozpraszającym mroki zagadek, jedyną spójnią łączącą w całkowity systemat wszystkie pojęcia o wszechświecie. Światopogląd ten, choć mylny, wystarczał mi zupełnie i doprawdy byłem wówczas szczęśliwy, choć nie czułem tego.
Minęły jednak te lata. Zaczynałem obojętnieć na siłę tego światła, które, bądź co bądź i jak bądź, oświetlało mi przecież wszystko. Obcowanie z kolegami, chęć dostrojenia się do ich kamertonu moralnego podkopywały coraz bardziej ten gmach, zbudowany z wierzeń. Dziecko przetwarzało się w mężczyznę, a przecież mężczyźnie nie do twarzy modlitwa! Zaczynałem się wstydzić swych zacofanych pojęć. Było to rozluźnienie się wiązań budowli.
Potem należało jakimikolwiek czynami zaświadczyć o liberalizmie poglądów, choćby wbrew własnemu sumieniu. O, bom ja jeszcze wierzył wówczas! Może nie z taką siłą, nie z taką gorliwością, jak dawniej, alem wierzył jeszcze. Odrzuciłem tylko wszystkie zewnętrzne formy i objawy — z początku przez chęć dostosowania się do ogółu młodzieży, a potem z zasady. Nic łatwiejszego, jak wynaleźć zasadę, kiedy chodzi o wytłumaczenie przed samym sobą swych czynów. Jest pewna epoka w życiu, kiedy nie czyny z zasad wypływają, lecz zasady z czynów. A wtedy potrzebowałem jeszcze takich zasłonek, poza którymi można by się było schronić przed własnym sumieniem. Ani słyszałem wówczas o istnieniu sofistów, a już tworzyłem sofizmaty.
Formy! Cóż to są formy? To maszyneria, czyniąca z nas manekiny, to nałóg bezsensowy, to próżnia, poza którą nic nie ma.