Wszakże to nie trudno wpaść na taki pomysł i po raz tysiączny odkryć Amerykę. A jak to olśniewa! Kartezjusz po swoim: „myślę, więc jestem” nie był tak dumny, jak ja po wymyśleniu tej wielkiej prawdy.

Trudno mi się jeszcze było zdobyć na wyższy stopień rozumowania, żeby uznać w formach takie niezbędne ciało dla myśli, jakim jest organizm dla duszy.

Wreszcie — to tak przyjemnie coś burzyć! To taka rozkosz myśleć o wywróceniu świata do góry nogami.

Wszakże i ludzkość w zaraniu swego istnienia zdruzgotała szczęście jakieś, będące jej udziałem. Wszystkie filozofie Wschodu, wszystkie religie o tym tylko mówią. I czy to będzie upostaciowane w grzechu Adama i Ewy, czy ubarwione wszystkimi kolorami symbolicznej poezji Wschodu, jako mit lub systemat filozoficzny, zawsze się tam jakiegoś błędu, jakiejś ruiny dawnego szczęścia doszukamy. Ktoś zbłądził, my za to cierpimy — czyż nie tak każda religia istnienie zła i nędzy na świecie usprawiedliwia?

Lecz odbiegłem od rzeczy.

Burzyć coś, kiedy zbudować nic jeszcze nie jesteśmy zdolni — to jedyna namiętność młodości — a kto wie, czy i nie życia całego. Aby tylko wplątać i naszą niteczkę do ogólnej tkaniny.

Więc burzyłem: z początku niewprawnie, drobnostki, potem całe kawały duszy, potem nicowałem życie, aż w końcu i świat wszystek poruszyć chciałbym z posad. To szybko idzie. Ani się opatrzysz, jak gruzy polecą.

Zdejmować czapkę przed kościołem? Po co? Na co? Wszakże Bóg jest wszędzie.

Nic nad to naturalniejszego. No — i nie zdejmowałem czapki.

Pacierz mówić? Modlić się? Wszakże Bóg wie najtajniejsze myśli nasze. Myślą, czynami modlić się trzeba, nie słowy i biciem się w piersi.