Prawda! — Nie modliłem się już więcej.

Pościć? Chodzić do kościoła? Do spowiedzi? Ależ głupstwo! Nikt prawdziwie inteligentny, a w dodatku mężczyzna, tego nie robi.

I to poszło.

Liść za liściem, gałązka za gałązką, konar za konarem, opadało wszystko z tego drzewa, wyrosłego na gruncie dzieciństwa, hodowanego kołysankami matki i bajkami nianiek.

Opadło wszystko, jakby wichrem zwiał.

Pozostały jeszcze dogmaty. I na nie przyszła kolej, chociaż później znacznie. Ażeby dogmat zburzyć, trzeba już nie lada dzioba i zaostrzonych pazurów.

Ale na cóż doświadczenie, na cóż wprawa w burzeniu?

I na to czas nadszedł.

Przedtem jednak miałem jedną chwilę nagłego powrotu do wiary i do całej dawnej naiwności.

Teraz i śmiech mnie pusty porywa, i wstyd mi trochę tej kartki życia.