Był to nagły fajerwerk przygasających szczątków, ostatnie nawiedziny bezpowrotnie minionych chwil błogiej, dziecięcej naiwności.

Kończyłem 6 klasę. Bieda, chłód, praca zanadto mi dokuczały, ażebym mógł z lekkim sercem przedłużać sobie te dnie męczarni. A tu jeszcze w najlepszym razie całe dwa lata pozostawały. Drżałem na samą myśl, że mogę się zatrzymać na drugi rok w tej samej klasie. Rok cały zmarnować! jeszcze rok cały dodać do tych lat strasznych! Tak mi już dokuczyła ta walka z nędzą...

Łacina nie dawała mi spokoju. Kułem wszystkie wyjątki, układałem w mózgu wszystkie wypadki użycia quin i ut — a jednak nie szło. Wreszcie — cóż znaczy nauka w godzinach kradzionych nocy, po dniu pracy na korepetycjach, często przy pustym żołądku?

Na marne szła praca.

Zbliżał się dzień egzaminu. Kilka nocy spędziłem nad Cyceronem i gramatyką. Ze znużenia zasypiałem nad książką, choć co chwila trzeźwiłem się wodą sodową, przykładając usta do samego kranu, żeby najmniejszej cząstki orzeźwiającego gazu nie stracić. A syfon wody 20 groszy kosztował...

Nie szło jednakże. Taką już widać miałem tępą głowę do łaciny.

Aż nadeszła wreszcie ostatnia noc. Sen mi oczy zasłaniał, głowa ze znużenia opadała ciągle na książkę — siedziałem jednak noc całą.

To pamiętna noc dla mnie, boleśnie pamiętna.

Dla oszczędności nafty, przyćmiona lampa słabo tylko oświecała pokój. Traciłem nieraz świadomość czasu i miejsca, a myśl, odrywając się od Cycerona, który leżał przede mną, ciągle gdzieś ulatywała w przestrzenie. Majaczyłem i zasypiałem. Myślałem chwilami o innych ludziach, choćby o uczniach moich, i ciągle się z nimi zestawiałem.

— Ot, oni szczęśliwi. O każdym z nich ktoś pamięta, troszczy się, opiekuje, a ja tylko między nimi jestem sam jeden jak palec, rzucony w świat na walki i gorycze. Nikt się mną nie interesuje, nikt ręki pomocnej nie poda, muszę sam jeden, o własnych siłach, dobijać się chleba kawałka i jeszcze innym dopomóc. I to sam, sam jeden, bez ręki bratniej, bez niczyjego serca, bez...