Tak sobie myślałem.
Brzask już był na niebie, wschodni skrawek horyzontu zaróżowił się i ział światłością. Cały świat zabarwił się błękitem i tonął w ogólnym oceanie dziwnej błogości nieba.
Zgasiłem światło.
Cały pokój zaczął nasiąkać tą atmosferą niebieską, jaka wszechświat zatapiała. Czułem niebo dokoła. Błękit wszechoceanu zaczął mi się wdzierać w mózg, w duszę, i napełnił światłością i upojeniem. Roztapiałem się w tej niebiańskości, anielała mi dusza — i byłem w niebie...
W niebie? Wszakże tam Bóg panem! Czułem Go, widziałem niemal.
On był wielki, potężny, jedną ręką kierował ruchem wszechświata, drugą sypał dobrodziejstwa i łaski.
Takim Go widziałem, takim mieć Go chciałem, takim mnie Go widzieć nauczono...
Na kolana!
Zgiąłem kolana.
Zacząłem się modlić...