— Tyś jest wielki, Boże, dobry, wszechmocny, miłosierny! Wysłuchaj modlitwy dziecka Twego, które z ufnością i pokorą śle Ci słowa skargi i prośby...
I płynęła modlitwa...
Przypomniały mi się lata, ubiegłe już dawno, kiedym błagał w modlitwie o zdrowie i życie matki, kiedym z naiwną ufnością wymagał od Niego, by zmienił tor biegu świata i ocalił mi to najdroższe życie.
Niewiele pragnąłem teraz. Niech mi choć jednym promykiem rozjaśni życie pełne walk i trudów. Niechaj wejrzy Swym okiem i obaczy, że mi jest źle na świecie.
Samotny, opuszczony, borykam się wśród ludzi i niedobrze mi, i chłodno, i ciężko... nieraz nad siły ciężko...
Egzamin! Zanadto mi on ciężył na duszy, żeby mi teraz nie przyszedł na myśl. Tak — błagałem Boga, żeby mi dla Swej wszechmocności dopomógł, zezwolił, rozkazał...
Prosiłem jak dziecko małe, które się modli do Bozi o ulubiony przysmaczek lub zdrowie lalki. Wróciła mi cała prostota i wiara dziecinności.
Szlochałem i zawodziłem.
Wreszcie uląkłem się ogromu mych żądań, już nie o szczęście błagałem, nie o usunięcie cierni życia przede mną, nie o chleb powszedni, tylko o to fatalne jutro, o które życie moje miało się tak zahaczyć.
Słońce już weszło zupełnie i dzień był wielki, a jam się modlił jeszcze, rozmawiał z Bogiem.