Wreszcie znużony, w płaczu, zasnąłem, z głową zwieszoną na parapet okna, na kolanach...

Nie zdałem.

Ogarnęła mnie wściekłość. Zdawało mi się, żem miał prawo mieć o to żal do Boga.

Toteż krnąbrność i pycha wsączyły mi się w serce.

Drwiłem, szydziłem, bluźniłem.

Wreszcie wstyd mi było przed samym sobą. Tak się upokorzyć, tak zdziecinnieć, tak się zaprzeć całego dobytku rozumu, którym się w owe czasy niezmiernie szczyciłem — i za to nic nie otrzymać!

Czułem urazę i miałem jakąś rozkosz w myśli, że mogę coś zarzucić temu najdobrotliwszemu Bogu, przed którym kolana zginają.

Dzieckiem byłem jeszcze.

Nowe wrażenia jednak szybko zatarły to bolesne przejście i gniew mój bezsilny.

Zobojętniałem dziwnie. Dogmat za dogmatem leciał w gruzy, a ja dopomagałem jeszcze do tej niszczącej pracy. Przeczytałem kilka książek, w których nic nie było o Bogu, zapaliłem się do fizyki, zasłyszałem coś o Wolterze i Darwinie, jednym słowem mądrzałem strasznie. Nigdy nie uważałem się za tak wszechstronnie mądrego, jak wówczas. Z dumą spoglądałem na swych kolegów, stawiając się w duszy nieskończenie od nich wyżej. Nie ma ludzi bardziej zaufanych w siebie i dumnych ze swego rozumu i wiedzy, jak właśnie dziewiętnastoletni młodzieńcy.