Szukałem ideału, biegłem z życiem w szalonym pędzie, aż w tej pogoni pogubiłem wszystko.
Z całej dawnej wiary pozostało mi jeszcze mgliste pojęcie o Bogu jako najwyższej, kierującej i twórczej istocie — i o nieśmiertelności duszy. Te przetrwały najdłużej, bom ich strzegł i trudno mi się było tak rozstać z nimi bez nowych urojeń, które by dawniejsze zastąpiły. Zawsze to przykro spaść z tak wysoka.
Aż pewnego dnia zapytałem siebie: dlaczego przechowuję jeszcze w głębi duszy te szczątki dawnej wiary?
Nie umiałem na to odpowiedzieć.
Nie umiałem, bom nie mógł żadnym rozumowaniem poprzeć tych archaizmów, jakie mi gdzieś po zakątkach mózgu tkwiły.
Od tej chwili straciłem duszę i Boga.
Czy cierpiałem wówczas nad tym? Nie. Nie zdawałem nawet sobie sprawy, że to jeden z najważniejszych przewrotów w życiu. Lekko, swobodnie, nawet wesoło załatwiłem się z tymi szmatami pieluch, jak nazywałem wtedy te survivale umysłu, i ani chwili jednej nie zastanawiałem się nad tym, czym zastąpię powstałą próżnię.
Więcej nawet powiem: doznawałem jakiegoś zadowolenia z poczucia swobody i niezależności, jakbym się wyzwolił spod ostrej i przemożnej a uciążliwej kontroli. Nie ma Boga? Tym lepiej. Jeżeli nie jest niczym, jam wszystkim, ja panem, ja sędzią siebie, jak już Słowacki powiedział.
W pewnym okresie wieku takie poczucie własnej niezależności wydaje się niemal szczęściem. Ulegałem i ja tej zwykłej kolei życia. Ot, umarł sobie starowina dziadek, niezły, ale zrzędny, czasem nudny, czasem przestarzały w swych pojęciach, nieraz surowy i niewyrozumiały na prawa młodości, którą przeżył dawno, a zawsze krępujący i pełen wymagań.
Umarł? — ano, nażył się już sporo, czas miejsca innym ustąpić.