Tak to sobie jakoś wyrozumowałem.
I było mi z tym dobrze. Ukończyłem właśnie gimnazjum i wstąpiłem na uniwersytet. Nowe wrażenia, odmienny tryb życia, pochłaniały mnie w zupełności. Swoboda, jakiej używałem po wyjściu z klauzury gimnazjalnej, olśniła mnie na czas jakiś. Życie prowadziłem nad wyraz nieporządne. Tłumione dotychczas żądze wystąpiły z całą siłą. Popłatniejsze trochę lekcje pozwalały mi na zakosztowanie niejednego zakazanego owocu. Wreszcie — różne tam były historie.
Używałem więc trochę.
Zmieniłem się do niepoznania. Z dawnego pilnego i naiwnego chłopca przeobraziłem się w studenta hulakę, z szyderczym uśmiechem na ustach, pustką w głowie, a nicością w duszy.
Tak mi zeszedł pierwszy rok życia uniwersyteckiego. Cudem jakimś udało mi się tylko przejść na drugi kurs: zupełnie nie uważałbym się za pokrzywdzonego, gdyby mnie na drugi rok zostawili, tak dalece zaniedbałem się w pracy.
Wtedy dopiero po raz pierwszy od roku przejrzałem. Zrozumiałem całą czczość i bezcelowość takiego życia, jakie prowadziłem dotąd; i jak rzucałem się w nie bez zbytniego zapału, tak też i bez żalu je porzuciłem.
Przy tym i zdrowie coraz bardziej zaczęło mi nie dopisywać.
Otrząsnąłem się szybko. Wróciło zamiłowanie do pracy, wrócił rozsądek — ale nie wróciły się już ani zdrowie, ani wiara. Wraz z rumieńcami na twarzy zniknęła dawna prostota; zrobiłem się bardziej złożony, jakby powyginany na wszystkie strony, a przez to kruchszy i słabszy. I już nigdy nie mogłem się naprostować. Sielsko-anielskie dzieciństwo ustąpiło młodości górnej a chmurnej. I dziś...
Eh, co tam!...
Tak to ja straciłem wiarę.