Co, u diabła! Znów widać mam gorączkę. Głowa rozpalona, oczy pieką. No... co oni mi narobili! Co oni mi narobili!
26 lutego
Jak babkę kocham, to dosyć przyjemna rzecz tak sobie niby pochorować odrobinkę. Ostatecznie człowiek nic nie robi, je (co prawda, nie zbytnio ja się i objadam znowu), pije, mógłby spać, gdyby mógł, niby się o nic nie troszczy, a za to wypoczywa, wypoczywa za wszystkie czasy, jak pamięcią sięgnę, nigdy takich długich i swobodnych nie miałem wakacji. A przecie już żyłem trochę. Jedenaście lat zeszło w gimnazjum, bo to rozmaicie się tam z tym przechodzeniem z klasy do klasy przytrafiało: i poprawki były, i zimowało się coś ze trzy razy w jednej klasie; a zawsze była praca, pośpiech, termin. Brrr... jak mi to wszystko obrzydło! A przede wszystkim łaciny i greckiego nie cierpiałem, całą antypatią mej duszy nie cierpiałem i z rozkoszą zapominałem wszystkich gramatycznych wyjątków tych językowych szpargałów. Teraz znów trzeci rok na prawie mija. Na trzecim kursie10 najwięcej pracy, egzaminów coś z mendel11 chyba, a wszystko jeden od drugiego nieznośniejsze. I znów praca i praca.
Wreszcie nie o pracę chodzi, bo i sam bym chwili na próżno nie zmarnował — ale ta terminowość, ten mus, ta nędza, co mi pracę potraja — to nuży i wściekle męczy.
A! Wypoczywam za wszystkie czasy! Pal już licho korepetycje: nie myślę teraz o tej zmorze. Przecież dostanę skądkolwiek choćby najmarniejsze; wreszcie to tylko cztery miesiące do końca roku, to się byle czym obędę. Aby tylko egzaminy zdać, a na lato mam już kondycję12 zapewnioną.
No, nie zginę; nie nowość dla mnie, jak czterdziestki na tanią kuchnię zabraknie, kawa i dwa serdelki na obiad; żeby choć na to starczyło — a przecież i gorzej bywało.
Tylko czy te niegodziwe kamasze przetrzymają jako przyzwoicie te parę miesięcy: tak się bezwstydnie rozklapały po błocie, że mi raz z nogi jeden o mały włos nie zleciał, kiedym się na psa zamierzył.
Da Bóg może ładną, suchą wiosnę, to przekołacę w nich jeszcze jako tako, bo o nowych nie ma co marzyć nawet. Skądże bym ja teraz pięć rubli gotówką wydobył?
A więc pozbywszy się już z głowy takich ciężarów, jak troska o lekcje i buty, nie mam na niej żadnych innych zaległości. Hm... — słowo daję, mógłbym się nazwać szczęśliwym teraz...
Tylko znów ta szelmowska choroba, a raczej ten przeklęty ból w piersiach. Naprawdę, że jak na farsę to już go za wiele. Świdrowanie ciągle takie, że wytrzymać trudno. Cała lewa strona piersi obolała do tego stopnia, że głębiej odetchnąć nie sposób. Naturalnie jest to tylko skutkiem choroby serca, gdyż i krwotok podobno tylko z powodu jakiejś nieprawidłowości serca nastąpił. Tak Starzecki mówi. Bo i z czegóż by innego? Nie z płuc chyba, boć ja przecie suchot nie mam. No, no... ładna by była historia, żeby to były suchoty, he... he... he!...