Kiedy się to jednak wszystko skończy? Ciekawym bardzo. Z sił opadłem już zupełnie, że i przez pokój przejść trudno, a przecież najdalej za trzy tygodnie muszę być zdrów jak ryba: trzeba będzie generalną bibę na swoje imieniny wyprawić. Można przecież choćby raz w rok, około swoich imienin, zabawić się troszeczkę. Aby tylko ten nieznośny ból z piersi ustąpił — aby on ustąpił i sił odrobinę przybyło, to i wszystko dobrze pójdzie.

27 lutego

Kiepsko jakoś ze mną. Wczoraj, rad nie rad, musiałem całe popołudnie w łóżku spędzić, pomimo żem się już zarzekł leżenia, jak grzechu śmiertelnego. Naturalnie, że jeżeli siły tracę, to tylko przez leżenie; tożby najzdrowszego chłopa ścięło z nóg takie przykucie do łóżka. Muskuły się tylko rozleniwiają i, jak przyjdzie do pracy, odmawiają posłuszeństwa. Bezwarunkowo trzeba będzie choćby przemocą podnosić się z łóżka. Rozpieściłbym się do reszty i może by przyszło z miesiąc jeszcze pokutować. Od dziś zacząłem racjonalną kurację: sam się ubrałem (pomimo komiczno-rozpaczliwych protestów Stacha), przywlekłem się do stolika i ot piszę sobie spokojnie; a choć mi głowa tańcuje na wszystkie strony i czuję, jak mi krew nieraz aż oczy zasłania, tak do głowy uderza, przesiedzę jednak do samego wieczora, żeby się umyślnie Stachowi sprezentować, jak po lekcjach wróci. Naśmieję się porządnie z jego tragicznych poglądów na moją chorobę.


Tylko co była u mnie Zosia i musiałem przerwać pisanie. A dobrze zrobiła, że przyszła, bo ją ogromnie lubię za jej niewyczerpany nigdy humor. Gdyby nie była moją siostrą, wyśmienita by z nas była para małżeńska; przynajmniej nigdy by nam smutno nie było. I skąd się u niej ten humor bierze? Nie ze zbytku szczęścia chyba, bo pracuje biedaczka od rana do nocy, lata po lekcjach, musi znosić czyjeś grymasy i fantazje, a mimo to wiecznie wesoła i zadowolona.

Ot i teraz wpadła do mnie taka rozradowana, jakby ją Bóg wie co radosnego spotkało. Słucham, słucham, co takiego, aż tu raptem tyle tylko, że jedna z jej uczennic zakrajała się w okrutny sposób w palec i nie będzie mogła co najmniej przez tydzień grać na fortepianie; a że lekcje nie na bilety, tylko miesięcznie, więc i wytrącać nie będą, a ona będzie mogła co dzień wpaść do mnie na godzinkę. Poczciwa, kochana dziewczyna, przyniosła mi w prezencie od dawna upragniony słownik niemiecki i... parę serdelków na śniadanie: biedaczka, zapomniała, że jestem na diecie. Ona często takie bąki strzela.

Przez cały czas nie dała mi przyjść do słowa, opowiadając, jak zwykle bezładnie, najrozmaitsze historie, a wszystkie ogromnie naiwne.

Podziwiam zawsze, skąd, przy takiej wietrzności i braku poważniejszego poglądu na życie, ta dziewczyna bierze natchnienie do muzyki? Bo przy fortepianie przeistacza się w zupełności: gra całą duszą, całą swoją istotą i dochodzi do zupełnego zapamiętania się. Dawniej nigdy nie wierzyłem ani w jej talent, ani w powodzenie, jakie miała w konserwatorium. Dopiero 3. Symfonia Haydna i Sonata Księżycowa Beethovena pogodziły mnie z jej talentem i na koniec uwierzyłem, że go posiada. Wiele, bardzo wiele chwil upojenia jej zawdzięczam. Szkoda tylko, że się ten talent na pięćdziesięciogroszowych lekcjach tak marnuje. Być może, iż większą tym korzyść przynosi społeczeństwu, niż gdyby miała po Europie na koncertach rozbijać fortepiany — zawsze to jednak przykro widzieć tę iskrę bożą tak zaprzedaną za kęs chleba.

Zresztą Zosia niewiele sobie z tego zdaje sprawy. Nie dostrzegłem w niej dotąd ani cienia zarozumiałości, a przez to niezadowolenia z życia. Ona przyjmuje wszystkie przymusy losu tak spokojnie, tak chętnie, jakby je uważała za spełnienie własnych marzeń. Dziecko z niej jeszcze takie, że nie zadaje sobie trudu nad dociekaniami w kwestiach życia. Przypuszczam, iż gdyby kto w nią wmówił, że powinna się wyrzec i muzyki nawet, zdołałaby się zastosować do takiego przymusu, choć z wielkim żalem, ale bez cienia goryczy i pretensji. I nie dlatego, żeby ta muzyka nie była dla niej niemal niezbędnym warunkiem umysłowej egzystencji — bo jest ona dotąd jedyną rozkoszą jej życia — ale po prostu dlatego, że w jej głowie nie postała nigdy myśl jakiegoś oporu względem tego, do czego zniewala życiowa walka.

Do jednego tylko los nie potrafiłby jej nagiąć — do samodzielności. Ta jej zupełna bierność i uległość dla wszystkiego i wszystkich nie pozwala mi zrobić nawet najdalszych przypuszczeń, coby to dziecko poczęło samo, pozostawione zupełnie bez opieki, bez poddawania myślowego, co ma robić i jak sobie radzić.