6 marca

Niewytłumaczony jakiś strach wciska mi się w duszę. Nie wiem dlaczego, ale czuję się w przededniu jakiegoś nieszczęścia. Co się ma stać, nie pojmuję, ale coś się stanie.

Może to noc i samotność tak mnie ponuro nastraja — nie wiem, może — ale boję się czegoś strasznie.

Cały dzień dzisiejszy zeszedł nad wyraz smutnie, prawie grobowo. Nawet zwykłą wesołość Zosi przytłumił Stach swą tragiczną miną. Boże mój, co mu jest? Nigdy go takim nie widziałem.

Jakieś nieokreślone podejrzenia czepiają mi się uporczywie.

Już boję się pytać nawet...

7 marca

Do jakiego stopnia umysł nasz zależny jest od rozmaitych warunków zewnętrznych, najlepszym dowodem służyć mi może wczorajsza notatka w tym dzienniczku. Pisałem ją wieczorem, w gorączce, kiedy chorobliwie rozegzaltowana wyobraźnia najdziwaczniejsze obrazy przedstawia. Umysł osłania jakby jakaś czarna płachta, która wszystko na czarno zabarwia — i choć się człowiek stara otrząsnąć z takiego ataku melancholii, na nic wszelkie wysiłki. Czuje się nawet całą anormalność takiego stanu, a jednak wyjść z tego zaczarowanego koła nie można, bo nawet sama owa samowiedza przybiera anormalny, spaczony charakter.

Bo czyż dlatego, iż wiem, że mi smutno — smutek mój straci cośkolwiek na swej sile? Ani trochę. Wpada się jedynie w błędne koło bez wyjścia i ostatecznie cała logika umysłu zdobywa się na jedną tylko sentencję: smutno mi, bo mi smutno.

No, ale dziś nie mam wcale zamiaru pisać traktatu o smutku. Przeciwnie, od rana samego jestem w złotym humorze. Blask słońca tak rozwesela całą fizjognomię świata, że tego wesela aż nadto dla mojej duszy. Zdaje się, jakby to światło słoneczne wdzierało się aż do najdalszych kryjówek mózgu i po prostu nie ma już tam najmniejszego zakątka, który by przez pryzmat tego blasku na świat nie spoglądał.