Jeden tylko Stach stanowi wyjątek w tym ogólnym weselu. Minę ma ciągle tak pogrzebową, jakby pół świata pochował, a drugą zamierzał.

Coś go naleciało widać.

Doktora przyjąłem dziś przesadnie uprzejmie. Chciałem go tym przeprosić za piątkowe niestosowne wybryki. Wyściskaliśmy sobie ręce tak czule, że aż w stawach trzeszczało, i widziałem, że wychodził dość ze mnie zadowolony. To z gruntu poczciwa kreatura, aż za poczciwa na doktora. Rozczula się, zamiast radzić, a to, dalibóg, mniej potrzebne.

8 marca

Jestem niespokojny trochę o Zosię: pomimo obietnicy, nie była wczoraj wcale. Prosiłem wieczorem Stacha, żeby poszedł do niej dowiedzieć się, co zaszło — ale on się przyznał, że właśnie stamtąd wraca. Straciła biedna jakieś dwie lekcje, choć mniej popłatne, to ją zmartwiło bardzo; a że nie chciała sprawiać mi przykrości swoimi kłopotami, więc wolała sama się biedzić ze smutkiem, nie czując się na siłach zataić to przede mną. Wdzięczna była Stachowi za odwiedziny i prosiła, żeby mnie przygotował do tej niepomyślnej wiadomości.

Tak mi Stach opowiadał. Jednakże czuję, że oni coś tają przede mną. Wszystko nie zgadza się jakoś strasznie z charakterem Zosi. Nie przeczę, że utrata dwóch lekcji mogła ją zasmucić trochę, ale skądże znów ta dziwna obawa o mnie? Żeby mnie nie zmartwić? To po cóż mi o tym powiedzieli? Wreszcie skąd się wzięła ta niebywała u Zosi refleksja? Ona zawsze zwierzała mi się z najdrobniejszej swej przykrości lub pomyślności, czując instynktowną potrzebę dzielenia się ze mną wszystkim, najczęściej, aby zaczerpnąć otuchy. Z naiwnym egoizmem nie zważała, jak ja przyjmę tę lub inną jej przykrostkę, zresztą zawsze niesłychanie dziecinną — a tu naraz takie machinacje z jej strony! I jaka ona naiwna jeszcze! Jeżeli to prawda z tymi lekcjami, to czyż sądzi, że mnie ta wiadomość aż przerazić potrafi? Ona będzie miała mniej, toć mogę ja mieć więcej, a sztukę dzielenia posiedliśmy już dawno.

Naturalnie najgorsza rzecz w tym, że ja, niedołęga, nic teraz poradzić nie mogę. Ach, ta choroba, ta choroba! Już mi kością w gardle stanęła. Od tygodnia wszystkie wydatki na Stacha i Zosi głowie. Jeżeli to dłużej potrwa, trzeba się będzie do szpitala wynosić. Oni słuchać o tym nie chcą — no, ale ja przecież nie mogę ich wyzyskiwać.

9 marca

Dokoła mnie dzieje się coś dziwnego, niepojętego. Zosia przyszła wczoraj do mnie tak blada, tak okropnie zmieniona, jakby przebyła najcięższą chorobę. Potem wpadła kilka razy w spazmatyczny płacz i dopiero po długich wysiłkach udało się Stachowi uspokoić ją trochę. Miała przesiedzieć do wieczora, a tymczasem wyszła przed szóstą.

Ja leżałem jak głupi, nie rozumiejąc nic, bojąc się pytać. A jeszcze, jakby na złość, ku wieczorowi robiło mi się coraz gorzej i chwilami zapadałem w jakieś odrętwienie, co ich tym bardziej podniecało.