Tak być dłużej nie może. Jutro zapytam ich wręcz, co ukrywają przede mną, bo przeczuwam jakieś straszne nieszczęście. A już wolę wiedzieć wszystko, bo tak zwariować można.
I po co Amelka przyjeżdża do Warszawy? Zosia najwyraźniej powiedziała, że z listu jej można wnosić, iż ma taki zamiar.
Co to znowu znaczy? Czyżby miejsce straciła? No, ale jakże to wszystko będzie? Ja chory, ona bez miejsca, Zosia lekcje traci (bo to prawda, skoro teraz będzie mogła po kilka godzin przesiadywać u mnie) — cóż my robić będziemy? Ona widać nie wie o naszym położeniu — tak, naturalnie, nie wie, skorośmy nic o tej chorobie nie pisali — i dlatego decyduje się na krok taki.
Już mi się i myśleć o tym nie chce. Jestem chory, nie mogę teraz kierować życiem. A tak się tego jutra boję...
11 marca
A więc ze mną ma być do tego stopnia źle, że oni uważają śmierć moją za bardzo możliwą?
Co to było wczoraj? — ja nie wiem: to jakiś sen straszny, majaczenie — ja nie wiem.
I dlaczego oni to za konanie uważali? Bo słyszałem, słyszałem najwyraźniej, jak któreś z nich krzyknęło: „on kona!” — więc się czegoś podobnego spodziewali?... I dlaczego? dlaczego? Jeżeli tak jest rzeczywiście, czemu ja o tym nic nie wiem?
Nie mogę sobie dać rady z własnymi myślami. To wczoraj wykoleiło mnie zupełnie.
Nie ma takiej głębi, która by nie była niczym wobec bezdni. A ja właśnie nad nią stoję...