Bo to był okropny dzień. Do końca życia pozostanie mi w pamięci.

Obudziłem się, jak zwykle, w dość dobrym humorze i czas do śniadania zeszedł na gadaninie. Przy herbacie żartowałem sobie najspokojniej ze Stacha i z jego umiejętności nalewania herbaty. Dopiero papieros mnie zgubił. Lekkie zachłyśnięcie się dymem wywołało taki straszny atak kaszlu, jakiegom w życiu ani doświadczał, ani słyszał. Trudno nawet znaleźć odpowiedni wyraz na określenie, co to było: po prostu jakaś piekielna muzyka całych piersi, wszystkich wnętrzności, wycie, pisk, rzężenie, chrapanie, cała gama najstraszniejszych jęków — wszystko — tylko nie głos ludzki.

Były chwile, żem się z uwagą wsłuchiwał w te dziwaczne odgłosy, chcąc dojść, skąd one pochodzą — sam bowiem nie mogłem rozpoznać, że to moje płuca te jęki wydają. Szamotałem się całym ciałem do tego stopnia, że Stach w pierwszej chwili uważał to za konwulsje. Chwilami instynktownie chwytałem się rękoma za piersi, po prostu w obawie, żeby mi nie pękły.

Pół godziny zeszło na takiej męczarni. Osłabłem tak, że mnie Stach musiał sam ułożyć na poduszkach i lekarstwo w usta wlewać. Leżałem jak obumarły i lekkie rzężenie świadczyło chyba tylko, żem duszy z tym kaszlem nie wykaszlał. Biedny Stach, bardziej był może ode mnie przerażony, Widziałem, że chwilami tracił zupełnie głowę. Gorącą herbatą parzył mi usta, w oczy mi wody kolońskiej nalał, powywracał krzesła, jednym słowem w trójnasób pogarszał sytuację.

Uspokajałem się coraz bardziej i wszystko wracało do zwykłego porządku.

Czas mijał, czułem się daleko lepiej, w piersiach tylko pozostał ostry, szarpiący ból. Ogarnęła mnie jakaś ciężka apatia; nie myślałem literalnie o niczym, pochłonięty jedynie kontemplacją nad deseniami kołdry. Obydwaj zachowywaliśmy głębokie milczenie. Od czasu do czasu czułem nad swoją głową pochylającego się nade mną Stacha, który chciał się dowiedzieć, czy nie śpię. Natychmiast przymykałem oczy, bojąc się, żeby o co nie zapytał: nie chciałem się wcale otrząsać z apatii. Prawie drzemałem.

Tak nadeszło południe.

Zaczynam drzemać na dobre, z wpół otwartymi oczami. Naraz łoskot otwierających się drzwi otrzeźwia mnie zupełnie. To Zosia.

Wpada, jak zwykle, z hałasem, zarumieniona od mrozu, bez ceremonii tupie nogami i już od samego progu zaczyna coś szybko mówić. Ja widzę, że udaje brawurę i sili się na wesołość.

Energiczne „pst” osadza ją na miejscu. Stach głową, rękoma i nogami daje jej pierwsze objaśnienia o tym, co zaszło.