Następuje momentalna metamorfoza. Zosia staje na miejscu jak wryta, przestraszonymi oczami wodząc to po mnie, to po Stachu. Daję na koniec znak życia i powtarzam z uśmiechem: „nic, nic”.
Znów zmiana sytuacji. Zaczynamy się ruszać wszyscy i mówić wszyscy razem, każde co innego. W jednej chwili zaczyna być gwarno, niemal zgiełk, nie możemy się zrozumieć wzajemnie. Zosia pyta, Stach przesadza się w opowiadaniu, chciałby jednym tchem wszystko z dziesięciorzędnymi szczegółami odmalować, co mu się naturalnie nie udaje — ja oponuję i uspokajam. Istna wieża Babel. Zosia sama nie wie, co robić: czy się do mnie uśmiechać, czy Stacha słuchać. Robi i jedno drugie: co sekunda inne wrażenie maluje się na jej twarzy. Widzę, że się w żaden sposób zorientować nie może.
Naraz krztuszę się. Nic, przeszło. Odchrząknąłem tylko. Mówię dalej. Zosia, ni z tego, ni z owego, zaczyna mnie całować. Oni udają wesołość, śmiejemy się wszyscy, ja najgłośniej...
Zakrztuszam się po raz drugi. Nic, i to przechodzi.
Jesteśmy czegoś ogromnie uradowani. Mnie się tylko ciągle zdaje, że oni grają komedię. Ale nic — gramy dobrze. Zosia jest w swoim żywiole — lata po pokoju, trzepoce rękoma, usta jej się nie zamykają. Przypomina sobie, że się jeszcze ze Stachem nie witała. Nowy powód do ogólnej wielkiej wesołości; witają się trzy razy czulej i serdeczniej niż zwykle; nie wiem dlaczego — ogromnie mi się to wszystko zaczyna podobać, choć ciągle jeszcze ich podejrzewam. O mało nie gwiżdżę z jakiejś wielkiej uciechy. Jestem jak pijany, wymachuję rękoma, zanoszę się od śmiechu — chcę im coś powiedzieć... oni nie słyszą...
Naraz krztuszę się znowu. Chrząkam... Nic, dobrze... Nie... czuję okropne łaskotanie w gardle, w piersi jakąś przeraźliwą pustkę.
Zaczynam szybko, raz po raz, łykać ślinę. Nie pomaga. Czuję całą furię, jaka mi się zbiera w piersiach. Ale muszę się przemóc; chcę im coś ogromnie wesołego powiedzieć — twarz już w połowie przybrała wyraz odpowiedni konceptowi, cała pozycja ciała przygotowana do wyrazistszej ilustracji słów; koncept już... już... ma zlecieć z ust... — dławię się... — nie — muszę się pokonać; zatykam usta, oddycham przez nos... Nie — i to nie pomaga.
Krew mi zalewa głowę... gorąco... wciskam się w poduszki: oni myślą, że się pokładam ze śmiechu, a ja się duszę... Srebrny głosik Zosi rozlega się po całym pokoju. Zdaje mi się, że wszystkich ogarnia szał... słyszę...
Naraz staje się coś nadzwyczajnego. Okropny jakiś pisk czy wycie wydziera mi się z piersi i tracę niemal przytomność.
Cały wściekły huragan, do ostatka duszony w piersiach, wybucha nagle.