Zaczyna się pasowanie. Po prostu wyję. Głowa zdaje się rozlatywać w kawały, w mózgu czuję ogień. W płucach gra mi powietrze jak wiatr na stepie — pustka, pustka okropna, łaknąca tchu, ziejąca pragnieniem, nienasycona... Wiję się jak w konwulsjach; nie czuję siebie, czuję tylko tę przepaść, jaką mam w piersiach, w brzuchu; ona tylko żyje, ona harce wyprawia.

Nareszcie mgła mi oczy zasłania, nie widzę nic, wpadam w jakąś otchłań, gdzie wszystko jest czerwone, purpurowe, granatowe, w końcu czarne — i nic... nie pamiętam...

Jakiś ciężar opada mi na piersi, coś mnie oplata wokoło, jestem zatrzymany nad otchłanią. Zaczynam się szybko podnosić gdzieś do góry — coraz widniej, jaśniej.

A... żyję, jestem! Już widzę, nawet i słyszę.

To biedna, zanosząca się od płaczu Zosia ściska mnie tak konwulsyjnie. Cały pęk jasnych jej włosów widzę tuż na piersiach moich. Na razie nic nie wiem, co się stało. Nic mnie nie dziwi; żyję tylko ciałem, fizycznie, poruszam się odruchami, coś bełkocę... Wszystko jest ogromnie naturalne. Zosia płacze? Tak widać potrzeba. Stach klęczy i nogi mi rozciera? I to widać potrzebne. Wszystko jest najlepiej, tylko mnie czegoś brakować zaczyna. W twarzy uczuwam szalone ciepło, głowa mi rośnie, rośnie... ot, pęknie za chwilę... tchu... tchu... duszę się.

Zaczynam się szamotać, żeby się uwolnić od przywalającego me piersi ciężaru... i bezwładny opadam na poduszki...

Straszny krzyk „on kona! on kona!” wdziera mi się w mózg. Zaczynam w to wierzyć, nie rozumiejąc dobrze; jednocześnie gwałtownymi ruchami zdzieram z siebie wszystko, rozrywam koszulę, paznokciami wpijam się w ciało... tchu... tchu... tężeję cały... duszę się...

Na koniec! Aaa... odetchnąłem! Łzy mi spływają z policzków; sam nie wiem, skąd się wzięły. Zaczynam ogromnie wierzyć w to, że konam. Coś mówię, strasznie bez związku, wargi trzęsą mi się niesłychanie.

O, doskonale już rozumiem wszystko. Tak — konam. Nic. — To Zosia. — Czego ona płacze? No, przecież umieram; tak, to bardzo naturalne, że ona płacze. Ale to nic. — Co? — Strasznie widno. — Po co tu hak w sufit wbity, kiedy nie ma lampy wiszącej? E... głupstwo. — Hm... czego to ja chciałem? Czegoś chciałem. — A! Zosia! — Więc ja niby umieram. Prawda, prawda, że to ja umieram. — Trzeba się pożegnać. Dobrze... ale dobrze... potem... trochę później, przecież konam. — Hak?... tak... dobrze...

Jakieś kawałki rozmaitych myśli tłoczyły mi się do głowy. Przed oczami przewijały mi się obrazy z niesłychaną szybkością. W połowie myśli zapominałem jej początku. Wszystko mi się rwało i plątało, wszystko wydawało w oświetleniu błyskawicy. Ani chwili jednej nie wątpiłem, że konam, tylko niedobrze to rozumiałem. Byłem w ciągłym oczekiwaniu, że jeszcze chwila, jeszcze coś... coś... i zrozumiem wszystko dokładnie. Jakaś zasłona, co mi wzrok osłaniała, miała opaść lada sekunda, lada chwila... i ot wszystko będzie dobrze, wszystko się wyjaśni, nastanie jakaś harmonia, coś niezwykłego... nieznanego... koniec...