Jak długo to trwało, nie pamiętam. Łzy same spływały mi po twarzy. Powoli zaczął mnie opanowywać jakiś straszny, bezbrzeżny żal. Wargi drżą mi coraz bardziej; chcę coś powiedzieć, zdławione gardło nie przepuszcza głosu. Oddycham coraz szybciej i wpadam w łkanie.
O, już teraz wiem, że płaczę i dlaczego płaczę. Wreszcie nie sam płaczę: Zosia łka nerwowo, Stachowi łzy drżą w głosie i słowa wymówić nie może. Czuję się otoczony miłością — żałują mnie, współczują...
Ogarnia mnie coraz większa rzewność; łkanie przechodzi w cichy, serdeczny płacz i zaczynam zawodzić jak małe dziecko, któremu się krzywda dzieje. Rozczulam się nad sobą samym; jakaś cicha, spokojna żałość napełnia mi serce.
— Smutno... strasznie... strasznie mi smutno. Ja taki biedny... wynędzniały... nie mam już matki... nikogo... sam jak palec... i oto umieram jak nędzarz, opuszczony, nieszczęśliwy... mamo, mamo!
Popłakuję sobie z cicha. Już nie ja, ale cała dusza mi płacze. Nie myślę o śmierci, o Zosi, o Stachu — o niczym. Siebie mi tylko żal. Kurczę się i zwijam w maleńki kłębuszek na łóżku, bo mi się zdaje, że im mniejszym będę, tym bardziej mam prawo się żałować.
— Jestem taki mały, taki malutki, taki biedny i nędzny, jak dzieciątko małe, głodne, bez matki, obite... Kto nie zapłacze?
Powoli, powoli przycicham trochę. Ze łzami spływają moje smutki i rozrzewnienie. Łagodnie, delikatnie zaczynam uspokajać samego siebie. Dobieram w myśli wyrazy jak najczulsze, najbardziej przekonywające, traktuję się jak dziecko, sam sobie nadaję najpieszczotliwsze imiona i delikatne czynię sobie wyrzuty za tę słabość, jakiej uległem. Najmniejszym słówkiem boję się zadrasnąć miłość własną, żeby nie urazić samego siebie.
— No, cicho, kochanku, no, cicho. Przecież nic ci się złego nie stało. Pfe... wstyd tak płakać jak dziecko małe. Tyś już mężczyzna... Tobie smutno? Ja wiem, że ci smutno; ale po cóż znów tak płakać? Nieładnie, naprawdę nieładnie tak się mazać. Widzisz, będą się z ciebie śmieli. A co? a co? czy nie mówię? Będzie nieładnie; pomyślą, żeś baba; a przecież ty nie chcesz być babą? prawda? co? nie chcesz? A widzisz... No, to już cicho... cicho...
Rozmawiam tak ciągle z sobą. Rozgrzeszam się za ten wybryk dziecinności, ale każę sobie dać słowo, że się to już więcej nie powtórzy.
— Naturalnie, że się nie powtórzy. To przecież było tylko chwilowe rozdrażnienie, nic więcej; a teraz już wszystko minęło. Prawda, że minęło? Naturalnie! No, a teraz trzeba naprawić jakoś, co się nabroiło. Widzisz, Zosia płacze, Stach jak cień blady; toś ty wszystkiego narobił. A... wstyd!... Dzisiaj płaczą, ale co to jutro będzie? Na śmiech się tylko wystawiłeś, bo przecież nie umarłeś, chociaż niby konałeś... Widzisz, jakiś ty jeszcze głupiutki! A toś się dał wywieść w pole!...